Podcięto mi skrzydła…

Nie pamiętam już tak trudnego okresu w moim życiu, jaki w tej chwili przechodzę.

Cały styczeń jest dla mnie bardzo ciężki i wszystko idzie jak po grudzie.

Mąż ma jeszcze pozostałości bólowe po swojej chorobie i chyba nie pomaga fakt, że udało mu się jakoś skończyć tę 80-tkę (szczęśliwie goście dopisali!).

 

 

Na dodatek odezwała mu się jego przepuklina pachwinowa, którą hodował przez lata, bo mu nie przeszkadzała… Od 2 tygodni zaczęła mu wybitnie przeszkadzać, bo boli i wyłazi taki balon… Od razu poszedł do lekarza i (oprócz środków przeciwbólowych i skierowania na usg) dostał skierowanie do szpitala na zabieg. Zeszłej soboty nawet spędziliśmy miły wieczór na SOR-ze, bo ból był większy, zaparcia i spuchło – mąż wciągał kroplówkę do żyły, ja liczyłam krople.

Niestety – do szpitala go nie przyjęto, bo (po usg) nie stwierdzono jeszcze zagrożenia życia. I polecono zapisać się na planowaną operację. Ma termin na 20 lutego… Z tym, że – gdyby bolało i jeszcze mocniej wywaliło – zgłosić się na SOR ponownie…

Przypominam, że ja mam termin na kolano na 7-go. Moja córka ma termin porodu jutro.

Super kumulacja!!!

Mąż nie może dźwigać – zresztą – chodzi obolały i łyka prochy, nie ma żadnej ochoty na jedzenie. Jest naprawdę uciążliwy.

Ja mam teraz za swoje – z tym moim bolącym kolankiem kuśtykam po zakupy, krzątam się po kuchni i coś tam nawet gotuję (ale bez przesady, bo kto to ma jeść?). I robię dobrą minę do tej gry… A dzisiaj nawet się sprężyliśmy i rozebraliśmy w końcu choinkę.

Wczoraj poszłam po rozum do głowy i zamówiłam trochę ciężkich rzeczy (mleko, wodę, soki)  z Tesco z dostawą do domu. Przeliczyłam mężowi, że nie przepłacimy i dał się przekonać. Wózek na zakupy jest w naszym przypadku bezużyteczny, bo trzeba go z zakupami wciągać do autobusu i potem po schodach.

Generalnie stary rok się skończył i nowy zaczął dla mnie w paskudnym stanie psychicznym.

Na pewno duży wpływ na ten mój stan miał także przykry dla mnie fakt, że musiałam mocno zrewidować swoje plany na przyszłość. Niby powinnam to przełknąć gładko, bo to już będzie przecież mój plan E, ale tym razem zostałam ostro zaskoczona – stąd mój żal i rozczarowanie. Jak to mówią: chcesz liczyć, to licz na siebie!

 

Wszystko mnie teraz wkurza, jestem przewrażliwiona z powodu natłoku informacji. Wyautowałam się (chyba tymczasowo, ale nie jestem pewna) z FB, czuję wstręt na samą myśl o wejściu na instagram…

Podejrzewam, że także tutaj przestanę bywać, bo drażni mnie aktualnie w zasadzie wszystko, co sprawia, że mam kontakt (jakikolwiek, nawet jednostronny, a może tym bardziej?) z innymi.

Mam dużo książek do przeczytania, mnóstwo filmów do obejrzenia – jakoś wytrwam. Byle do wiosny!

Nie mam czasu

Na pisanie. Tak to jakoś szybko mija – najpierw święta, potem nowy rok i już kolejny tydzień za nami.

Tuż po świętach pofatygowałam się do szpitala, gdzie byłam umówiona na dogadanie terminu operacji kolana. Bałam się, że to będzie zaraz po nowym roku, ale nie – termin wyznaczono mi na 7 lutego. Mam więc jeszcze miesiąc na pozałatwianie różnych spraw.

Żebym nie myślała, że będzie lekko – przez całe święta krwawiłam, więc udałam się do mojego gina. Myślałam, że to znowu przerost endometrium… Wybadał mnie dokumentnie, zabrał nawet do swojego szpitala na dokładne usg i stwierdził, że wszystko jest w doskonałym stanie. Pojęcia nie ma, skąd to krwawienie… Za to ustaliliśmy, że po mojej operacji na kolano, jak już będę mogła się jakoś poruszać – czyli koło kwietnia – zrobi mi ten zabieg na nietrzymanie moczu. No, niby też badania ubiegłoroczne wykazały, że tam jest wszystko super, ale problem pozostał i czasem (gdy kicham czy kaszlę) dokucza.

Dodatkowo w trakcie jedzenia noworocznej sałatki jarzynowej, ułamał mi się kawał zęba. Co prawda to 7 i to od tyłu, ale dość nieprzyjemnie, bo raniło w język, a i zapasy jedzenia się zbierały ;))) Pierwszy wolny termin u mojego pana doktora był w piątek, ale było miło i bezboleśnie (oczywiście nie dla kieszeni).

Aby atrakcji nie było dosyć, mój małżonek podłapał gdzieś paskudnego wirusa i ostro choruje. Dla mnie jest to o tyle uciążliwe, że nie dosyć, że muszę gotować, to jeszcze muszę robić zakupy. A chodzenie nie jest teraz moja najmocniejszą stroną.  No i ten facet w domu marudzący… to straszne…

Najśmieszniejsze jest to, że od dłuższego czasu planowałam mu na tę niedzielę niespodziankę. Mąż mój bowiem jutro kończy 80 lat. Zaproszeni byli na dzisiejsze popołudnie goście (w ramach tej niespodzianki) na tort i szampana. Tort zamówiony – trzeba było odebrać i wsadzić do zamrażarki, a goście zostali odwołani i mają przyjść za tydzień. Mam nadzieję, że do tego czasu mąż wydobrzeje.

Dzisiaj znajomi podali tylko dla niego piękny bukiet:

 

 

Zresztą moja córka też przeziębiona i żre nałogowo czosnek, bo nic innego nie może zrobić. Za 18 dni ma termin porodu i mam nadzieję, że urodzi zanim ja pójdę na operację. Może zdążę jeszcze ponosić chociaż trochę Marysię. Córka się już bardzo niecierpliwi, ale mówi, że jeszcze wstrzymuje ją trwający od listopada remont w domu… Jak tylko skończą, to jedzie na porodówkę i już!

Zgodnie z daną sobie obietnicą, uzupełniłam i prowadzę na bieżąco bloga kartkowego. Wybrałam też (jak co roku) 100 najpiękniejszych zdjęć z roku, dałam je do zrobienia i chronologicznie powkładałam do albumu. Zabrałam się też za pisanie ciągu dalszego swoich wspomnień, chociaż muszę przyznać, że idzie mi to jak po grudzie. Chciałabym jednak to kontynuować, żeby coś po mnie zostało kiedyś… Poza tym to świetne działanie terapeutyczne – no i poniekąd podsumowanie przeszłości. Dobrze mi idzie to pisanie wtedy, gdy nie muszę się od tego odrywać. Niestety – tak się nie da, a potem zabrać się znowu trudno…

Jeszcze nie odwołali świąt?

Ha! Ale wydaje mi się, że w końcu w przyszłym roku odwołają. Mój Pan Mąż w końcu chyba dojrzał do tego, żeby ten piękny, świąteczny czas spędzać gdzieś na wyjeździe. Chyba też już go zmęczyło to szykowanie, kupowanie itd. Tak, że w przyszłym roku będę łapać okazję na jakiś wyjazd świąteczno-noworoczny – może na jakiejś egzotycznej plaży?

A tymczasem u nas przygotowania zupełnie lajtowe. Już dawno temu zrobiłam uszka i pierogi – czekają w zamrażarce. Mam gotową zamrożoną grzybową i barszcz. Upiekłam pierniczki (które dzielnie lukrowała ze mną moja druga wnuczka Jula), ciasteczka owsiane i kruche. Mąż zrobił bigos, śledzie, a w sobotę pewnie kupi i sprawi karpie. Mnie zostały tylko kluski do maku – nakroję jutro, a w sobotę upiekę sernik i keks. Jeszcze tylko sałatka jarzynowa i tyle będzie roboty.

 

Jeżeli chodzi o porządki, to się nie wysilaliśmy zwłaszcza, że ostatni tydzień byliśmy przeziębieni, a zdrowie ważniejsze od czystej chałupy…

Znowu namiętnie czytamy. Wypożyczyliśmy z biblioteki wszystko Mankella i zagłębiamy się w śledztwa z komisarzem Wallanderem. Uwielbiam tego bohatera! Wszystko się świetnie czyta, chociaż trochę za szybko… zostały mi jeszcze tylko 3 tomy…

Wybrałam się też do kolejnego w moim życiu ortopedy. Zgodnie z zasadą, że – jak pójdziesz do dobrego lekarza i dalej boli, to idź do jeszcze lepszego. Zapłaciłam za wizytę 200 zł, ale za to bez wysilania się mam zaplanowany początek przyszłego roku. I pewnie jego dalszą część także. Doktor obejrzał moje aktualne zdjęcia kolanka, kazał mi się wypisać z kolejki oczekujących na wymianę stawu kolanowego i przyjść do niego, do szpitala zaraz po świętach, gdyż wyznaczy mi termin zabiegu, który brzmi tajemniczo: UKR. Uważa on – ten doktor – że jest w stanie tą metodą jeszcze naprawić mi kolano przynajmniej na dobrych parę lat. W końcu i tak czeka mnie kiedyś wymiana, ale na razie… po co mam cierpieć… Nawet nie zaordynował mi żadnych zastrzyków, żeby nie paprać tam w środku przed zabiegiem, a z czego właśnie wnoszę, że zamierza się za to zabrać niebawem… Oczywiście – nie byłabym sobą, gdybym od razu nie sprawdziła, na czym polega to UKR. I jestem bardzo za!

A doktor sympatyczny bardzo i nawet nie czepiał się mojego brzuszka… Może dlatego, że sam miał swojego trochę za wiele?

Ten rok zaczął się zabiegiem na kolanko w jednym szpitalu, a następny zacznie się znowu zabiegiem na to samo kolanko w innym szpitalu. I potem znowu rekonwalescencja… To zaczyna być nudne… ;)))  A przecież za 5 tygodni mamy powitać moją kolejną wnuczkę Marysię! Babcia będzie lulać dziecko tylko na siedząco? Tak chyba wypadnie.

A – i narkotyzuję się ostatnio namiętnie czymś takim:

Nie wiedziałam, że lubię tego rodzaju muzę. A nawet bardzo lubię.

Podsumowanie (w końcu) wyjazdu

Wyjazd na Teneryfę zorganizowałam pod koniec stycznia dość spontanicznie. Po prostu nagle znalazłam odpowiedni hotel i szybko zaszantażowałam męża ;))), żeby się zgodził na wyjazd. Wpłaciłam zaliczkę i szlus!

Miało być ciepło pod koniec października (mogliśmy wyjechać dopiero po 7-ym ze względu na wesele, na którym miała być Przyjaciółka), miało być na 2 tygodnie i miało być z polskiego lotniska (najlepiej z Poznania, bo najbliżej). Tym razem jednak mieliśmy spróbować wersji all inclusive, żeby nie zabierać ze sobą żadnego żarcia. Szperałam po tych wszystkich biurach podróży, zwłaszcza skupiając się na tych najbardziej znanych, aż w końcu wyszperałam pobyt w hotelu Be Live Experience Orotava w Puerto de la Cruz.

Wyczytałam, że hotel stary, “dla geriatryków”, ale za to ze świetnym położeniem blisko oceanu, kompleksu kąpielisk i ciągów handlowych. I ma dostęp do darmowego wi-fi w całym hotelu. To zdecydowało, bo pamiętałam, ile musiałam dopłacić za internet po pobycie na Majorce… Dodatkowo okazało się, że miałam farta, że hotel jest położony nisko, tuż koło oceanu. Przekonaliśmy się o tym idąc do ogrodu botanicznego – daleko nie było, ale droga pięła się bardzo stromo pod górę i prowadziła koło innych hoteli, które były na mojej liście wyboru. Pobyt w którymś z nich byłby dla mnie udręką, bo ciągle trzeba by było się wspinać…

Mąż, po powrocie, po podliczeniu wszystkich kosztów stwierdził, że ta wyprawa kosztowała nas mniej niż na zeszłoroczną Majorkę. Oczywiście nie wliczał tych wszystkich wycieczek, bo to dodatkowe wydatki (czyli nie przymusowe). Nie wliczał też pamiątek, które kupiliśmy tam i przywieźliśmy do domu.

Pokój nie był rewelacyjny, bo do takiego dla dwóch osób wstawiono trzecie łóżko – było więc ciut ciasno. Ciasno było też w szafie – część rzeczy trzeba było trzymać w walizkach.

 

Jednak tym razem bardzo mało czasu spędzaliśmy w pokoju, bo – mając opcję all inclusive – wolny czas spędzaliśmy przy barach, sącząc drinki… Korzystaliśmy też z basenu i przybasenowej “patelni”, gdzie także sączyliśmy drinki… Poza tym dużo czasu spędzaliśmy także w stołówce na posiłkach, do których podawano wino… Oczywiście – prawie co drugi dzień byliśmy na jakiejś wycieczce.

Poza tym wszędzie było czysto. Ręczniki pani zmieniała codziennie, pościel po tygodniu. Nie było na co narzekać. Tutaj także – podobnie, jak na Majorce – nie zauważyliśmy żadnych podejrzanych owadów.

W hotelu mnóstwo Hiszpanów, ciut Niemców i dużo Polaków. I to wcale nie geriatrycznych – my chyba byliśmy (z Polaków) najstarsi. Wszyscy się świetnie bawili, tańczyli, chodzili na spacery, na wycieczki.

Jedzenie było dobre i dość urozmaicone, ale ja prawie codziennie jadłam ich ziemniaczki gotowane w skórkach w mocno osolonej wodzie z ichnimi sosami. Zamiast chleba za to zajadałam się churrosami i croisantami. W ilościach minimalnych, ale skutecznie. Po powrocie okazało się, że przytyłam 2 kg!

Byliśmy także raz w polecanym tamtejszym barze na regionalnej kawie pt. barraquito. To taka kawa z alkoholem, podawana warstwami. Wygląda pięknie i smakuje obłędnie! A do tego ten podawacz!!! ;)))

Podsumowując i porównując (i to jest moje subiektywne porównanie):

Teneryfa jest prześliczna i bardzo urozmaicona. Dla młodego, zdrowego człowieka są tam niezmierzone tereny do eksploracji (góry Anaga, wąwóz Masca, park narodowy Teide) – jest się gdzie tam powłóczyć w pięknych okolicznościach przyrody. Do tego przez okrągły rok, bo nawet zimą tam jest ciepło! Na północy jest chłodniej i bardziej wilgotno, na południu sucho i bardziej gorąco. Dla każdego coś miłego.

Plaże (oprócz kilku) czarne, z dziwnym piaskiem. I to jeszcze nie jest takie najgorsze. Gorsze jest to, że wykąpać się w oceanie jest tu trudno. Po prostu fale są przeraźliwie silne i potrafią przewrócić człowieka. A wkoło pełno głazów i kamieni… Raj tam jest raczej dla miłośników surfingu – oni mają tam warunki cały czas! Zwykłym plażowiczom zostają baseny przyhotelowe i kompleksy basenów – rewelacyjne zresztą.

Na Majorce teren także jest bardzo zróżnicowany, ale północ niewiele się różni klimatem od południa. Na północy nie byliśmy, ale wybrzeże południowo-wschodnie tej wyspy skradło moje serce. Do tej pory ciepło wspominam te urokliwe zatoczki ze spokojną, słoną i  przejrzystą wodą z piaszczystymi plażami, pachnące pinią. Gdzie można było zawsze bezpiecznie wejść do wody, żeby popływać.

W samym hotelu Cala Gran warunki były dużo lepsze (dla 3 osób były 2 pokoje ze wspólną łazienką) i położenie hotelu (50 m od plaży) także było idealne. Myślę też, że obsługa hotelu bardziej przyjacielska, życzliwa i pomocna. Miasteczko (Cala D’or) bardzo sympatyczne, takie przytulne i czyste.

Gdybym miała jeszcze raz wyjechać na Majorkę lub Teneryfę, to bez wahania wybrałabym Majorkę. Ale tylko dlatego, że na Teneryfie zobaczyłam już wszystko, co było do zobaczenia. A odpoczywać wolałabym na Majorce. Chociaż nie spodziewam się. Jest jeszcze tyle innych miejsc do zobaczenia!

Coraz bliżej święta

Byłam bardzo zajęta, bo musiałam ogarnąć karteczki świąteczne. Nie wiem, jak to się dzieje, ale z roku na rok przybywa mi adresatów, a więc muszę zrobić coraz więcej kartek. Robię te kartki od 6 lat i coraz więcej czasu mi zajmują. A najlepsze jest to, że uwielbiam je robić, ale nie w takich ilościach na raz. Co roku sobie obiecuję, że kartki na święta zacznę robić po trochu tuż po świętach (wielkanocne po grudniowych i grudniowe po wielkanocnych), ale kto by się takimi obiecankami przejmował… ;)))

Nie mówiąc już o tym, że chociaż od lat  wszystkie kartki mam obfocone i zgromadzone na folderach w laptopie, to jakoś mi nie wychodzi uzupełnianie wpisów na blogu kartkowym i ostatni tam wpis jest ze stycznia 2015… Też sobie postanawiam solennie, że to uzupełnię… i nic z tego nie wychodzi… Może więc będzie to jakieś postanowienie noworoczne???

 [dopisek z 15 grudnia: już uzupełniłam!!!]

 Ogarnęłam też trochę chatę i udekorowałam świątecznie. Chociaż nie jestem kościołowa, to uwielbiam te wszystkie okołobożonarodzeniowe tradycje i dekoracje. Kocham  zagramaniczne piosenki świąteczne i pod nie szybciej mi idzie robota! Ostatnio odkryłam coś takiego na YT i wrzucam sobie na tv – mam jednocześnie i kominek, i super podkład muzyczny.

 

I lubię jak najwcześniej ubrać choinkę i udekorować mieszkanie (zwijam to wszystko dopiero pod koniec stycznia). W przyszłym tygodniu zamierzam okupować kuchnię i zrobić uszka oraz pierogi w ilościach hurtowych (bo część zamrażam na zaś). Potem przyjdzie pora na pierniczki i ciasteczka. Ciasta piekę tuż przed świętami. Resztą potraw zajmuje się mój mąż i nie mam zamiaru wtedy wchodzić mu do kuchni. W tym roku na wigilii będziemy z moją córką, zięciem i wnuczką.

 I może ktoś tego nie zrozumieć, ale bywały w moim życiu takie lata, kiedy spędzałam święta (całe) sama, po prostu w domu, na spacerach. Była i wigilia z wszystkimi trzema synami (którą najmilej wspominam) przy pierogach z kapustą i grzybami, kluskach z makiem i soku pomarańczowym z wódeczką. I taka wigilia, na której byłam gościem, a do jedzenia był tylko kurczak z rożna… I nigdy nie dążyłam do tego, żeby te dni spędzać z rodziną, dosiadać się koniecznie do czyjegoś stołu. Nie jest to dla mnie konieczne i nie rozumiem fenomenu dodatkowego talerza. Chociaż jestem gościnna nie tylko w te dni, sama na siłę nigdzie bym się nie wrzucała. I – im starsza jestem – tym częściej marzą mi się znowu takie samotne święta (może już mnie to wszystko męczy?), ale nie mówię o tym głośno…

 

 

Chłop (a raczej baba) żywemu nie przepuści

Ostatnią (a tak naprawdę to chyba jednak pierwszą) z naprawdę dużych atrakcji Teneryfy jest górujący nad całą wyspą wulkan Teide. Ma wysokość 3718 m n.p.m. i jest o 1219 m wyższy niż nasze Rysy.

Naoglądałam się przed wyjazdem filmików na YT jak to ludzie wchodzą na ten szczyt, jakie to widoki z niego itp. Pomyślałam więc, że i my – jak już tam będziemy – to musimy koniecznie tam wleźć. Nie musimy przecież przebiec całej trasy w górę i z górki – wystarczy spacerkiem, z odpoczynkami po drodze. W trakcie wejścia na Teide przemierza się 163 m, po pokonaniu pieszo odległości około 650 m, wznosząc się z poziomu 3 555 m na początku szlaku do 3 717,98 m w najwyżej położonym punkcie. Ładnie brzmi! Mamy łącznie w trójkę 198 lat, ale damy radę!

Do tego już chyba w lipcu załatwiłam pozwolenie na wejście na szczyt (bo tam tylko ograniczona ilość osób dziennie może wejść) i zakupiłam on-line bilety na kolejkę linową.

Ja tam miłośniczką gór nie jestem, raczej wolę wodę (choć i też nie taką wielką), to i doświadczenia żadnego nie miałam. Z tego co wiem – żadne z nas raczej nie miało… W młodości gdzieś tam się na Kasprowy wjechało, do Morskiego Oka doszło, ale to było już pół wieku temu i nieprawda…

Poczytałam, że ciśnienie tam wysoko jakieś inne (niższe) i można mieć chorobę wysokościową bez treningu (trzeba łyknąć aspirynę), że ludzie z nadciśnieniem mogą mieć bóle głowy… Tak, że leki zaaplikowałam drużynie i dalej w górę! Nie zapominajmy także o moim kolanku, co to je mam do wymiany… więc plasterek przeciwbólowy chiński na kolano, doustnie środek przeciwbólowy (dawka końska – zapas w plecaku) i do przodu!

tam byłam

Daję słowo – warto było! Choćby po to, żeby przekonać się, że nie ma rzeczy niemożliwych (dla takiej wariatki, jak ja)! Bo na tych filmikach to szli ludzie stosunkowo młodzi i sprawni, a ja zwątpiłam już po przejściu pierwszych 100 metrów! Podłoże (nazywane ścieżką) zaczęło być czegoś nierówne, schody z kamieni ze schodami miały niewiele wspólnego oprócz tego, że prowadziły w górę, a na dodatek były bardzo niestabilne, no i to świeże górskie powietrze – tam nie było czym oddychać!!!

Nie mogłam złapać tchu po kilku krokach, nogi nie chciały mnie nieść… Gdybym była sama, to natychmiast ogłosiła bym odwrót. Ale nie byłam sama, a moja dzielna załoga w postaci Przyjaciółki i Męża chciała wrócić, żeby nie narażać mnie na cierpienia…

Zachowałam się honorowo – pomyślałam, że najwyżej wyzionę ducha w pięknych okolicznościach przyrody (ubezpieczona na wypadek zejścia byłam) i powiedziałam, że jak już tyle przeszliśmy, to idźmy dalej. Ha!

Moja Przyjaciółka jak ta kozica górska pięła się na szczyt, a mój szanowny małżonek a to popychał mnie, a to ciągnął do góry. Moje pośladki przetestowały prawie każdy nadający się do tego kamień. Dzielnie starałam się jeszcze przy tym kręcić kamerką ten filmik, który tu z wielkim rozrzewnieniem zamieszczam, a który jest dowodem mej odwagi i brawury (odgłos mojego oddechu będzie wam się śnił po nocach!). Oraz poświęcenia ślubnego małżonka mego…

No cóż – powiem tylko, że zmieściliśmy się w czasie określonym na pobyt na szczycie. Zejście z niego było tylko o tyle łatwiejsze, że już tak nie zatykało w płucach, bo powietrze robiło się coraz przyjaźniejsze dla człowieka.

No i powiem po cichu, że miałam olbrzymią satysfakcję. Zrobiłam to!

I takie małe post scriptum: “Pędziłam” tak na ten szczyt wulkanu (przypominam, że to jest czynny wulkan), żeby zobaczyć na własne oczy krater – wiecie: dół ziejący ogniem siarą po prostu głęboki na kilkaset metrów co najmniej, a tu kicha! Krater (zobaczcie na filmie i zdjęciu) to po prostu ta dolina na szczycie, miejscami jakby żółtawa (to siarka) i już. W czasie naszej wizyty uganiali się tam geolodzy w służbowych ubrankach – coś tam mierzyli. Normalnie tym to zawiedziona byłam bardzo, chociaż siarę czuć było!

Ogród botaniczny



Jeżeli ktoś jest z zamiłowania botanikiem, jak ja, to wiadomo, że żadnemu ogrodowi botanicznemu nie przepuści. Zwłaszcza, gdy ogród ma 230 lat i rośnie w nim  mnóstwo gatunków roślin z najróżniejszych stron świata. Można podziwiać rośliny, które w naszych domach są małymi roślinami doniczkowymi, a tutaj wyrastają na olbrzymie drzewa czy krzewy. Poznajemy te krzewy czy drzewa kwitnące i owocujące. Feria kolorów i zapachów – można spędzić przyjemnie kilka godzin za jedyne 3 euro od osoby.

Zapraszam do spaceru!


W poszukiwaniu dzikich zwierząt w naturze



Pisałam ostatnio, w nawiązaniu do delfinów i innych zwierząt, że naszą jedyną szansą zobaczenia tych zwierząt na żywo są ogrody zoologiczne. Na Teneryfie nie tylko.

W oceanie sąsiadującym z wyspą żyją sobie na wolności delfiny, wieloryby (tutejsze takie niewielkie to grindwale), wielkie żółwie wodne, a czasem dopływają także te ogromne walenie (ale to bardzo wielka rzadkość).

Być tam i nie spróbować zobaczyć delfinów czy wielorybów na wolności???


Wykupiliśmy sobie wycieczkę po oceanie dość dużym katamaranem. Wybraliśmy taki jacht motorowy, bo większym mniej buja, a pogody nie sposób przewidzieć. Wycieczka także była całodniowa, z ciepłym posiłkiem w trakcie. Przewidziana była nawet kąpiel w oceanie w bardzo malowniczym miejscu (pod ogromnymi klifami Los Gigantes). Ponadto do dyspozycji wycieczkowiczów były nieprzebrane zasoby tutejszego piwa i sangrii.


Spotkaliśmy pływające grindwale w dość dużych stadach, ale sfilmować je, czy sfotografować to był nie lada wyczyn! Delfinów z kolei było mało i nie podpływały tak blisko, jak te poprzednie. Daleko im było do takich wyczynów, jakie się nieraz widzi na filmach (myślę o skokach czy płynięciu tuż obok jachtu).

Sama wycieczka była bardzo przyjemna, okoliczności przyrody niesamowite i uznaliśmy, że warto było!


Wykonałam plan

Zawzięłam się, przysiadłam i w końcu opracowałam wszystkie filmy z wyjazdu. Nie wszystkie mi wyszły dobrze – tak to jest, gdy się człowiek zajmuje tym raz w roku i zapomina przez ten czas, jak to się robi… Jest dużo niedociągnięć, ale już nie będę poprawiała. 🙂

W każdym razie – można już oglądać to, co oglądaliśmy my na własne oczy.

Najbardziej atrakcyjnym miejscem na Teneryfie jest Loro Park. I oczywiście – można mieć uwagi, co do trzymania dzikich zwierząt w klatkach, czy pokazywaniu “sztuczek” przez dzikie zwierzęta, ale… czy moglibyśmy obserwować te zwierzęta inaczej, na wolności? A delfiny, orki czy lwy morskie przy okazji nauki mają zajęcie i nie umierają z nudów. Ogród taki jak Loro Park z kolei z wpływów za pokazy pokrywa koszty utrzymania tych zwierząt, ale także badania i leczenie.

Najpierw obejrzeliśmy pokaz delfinów, który skrupulatnie sfilmowałam:

 

Potem był pokaz orek:

I na końcu pokaz lwów morskich:

Ponieważ bilety do Loro Parku ważne są cały dzień, zwiedzaliśmy go z przerwą na obiad w hotelu. Do obiadu zaliczyliśmy wszystkie pokazy, a po obiedzie mieliśmy czas na swobodny i niespieszny spacer po całym parku.

Bardzo ciekawa była wizyta w “Świecie pingwinów”, gdzie w pomieszczeniu o obniżonej temperaturze można było obserwować różnego rodzaju pingwiny.

Rewelacyjnie zrobione jest tam także akwarium, w którym przechodzi się szklanym korytarzem położonym w wodzie i obserwuje ryby, rekiny, płaszczki itp. pływające wokół nas.

Jest tam także mnóstwo innych, najróżniejszych zwierząt, a także ptaków, ze szczególnym uwzględnieniem papug.

Na każdym kroku można podziwiać piękną, bujną roślinność (od storczyków nie mogłam oderwać oczu), ciekawą architekturę ogrodową, sadzawki, strumyki, pergole, ścieżki.Naprawdę można tam odpocząć.