Podsumowanie (w końcu) wyjazdu

Wyjazd na Teneryfę zorganizowałam pod koniec stycznia dość spontanicznie. Po prostu nagle znalazłam odpowiedni hotel i szybko zaszantażowałam męża ;))), żeby się zgodził na wyjazd. Wpłaciłam zaliczkę i szlus!

Miało być ciepło pod koniec października (mogliśmy wyjechać dopiero po 7-ym ze względu na wesele, na którym miała być Przyjaciółka), miało być na 2 tygodnie i miało być z polskiego lotniska (najlepiej z Poznania, bo najbliżej). Tym razem jednak mieliśmy spróbować wersji all inclusive, żeby nie zabierać ze sobą żadnego żarcia. Szperałam po tych wszystkich biurach podróży, zwłaszcza skupiając się na tych najbardziej znanych, aż w końcu wyszperałam pobyt w hotelu Be Live Experience Orotava w Puerto de la Cruz.

Wyczytałam, że hotel stary, “dla geriatryków”, ale za to ze świetnym położeniem blisko oceanu, kompleksu kąpielisk i ciągów handlowych. I ma dostęp do darmowego wi-fi w całym hotelu. To zdecydowało, bo pamiętałam, ile musiałam dopłacić za internet po pobycie na Majorce… Dodatkowo okazało się, że miałam farta, że hotel jest położony nisko, tuż koło oceanu. Przekonaliśmy się o tym idąc do ogrodu botanicznego – daleko nie było, ale droga pięła się bardzo stromo pod górę i prowadziła koło innych hoteli, które były na mojej liście wyboru. Pobyt w którymś z nich byłby dla mnie udręką, bo ciągle trzeba by było się wspinać…

Mąż, po powrocie, po podliczeniu wszystkich kosztów stwierdził, że ta wyprawa kosztowała nas mniej niż na zeszłoroczną Majorkę. Oczywiście nie wliczał tych wszystkich wycieczek, bo to dodatkowe wydatki (czyli nie przymusowe). Nie wliczał też pamiątek, które kupiliśmy tam i przywieźliśmy do domu.

Pokój nie był rewelacyjny, bo do takiego dla dwóch osób wstawiono trzecie łóżko – było więc ciut ciasno. Ciasno było też w szafie – część rzeczy trzeba było trzymać w walizkach.

 

Jednak tym razem bardzo mało czasu spędzaliśmy w pokoju, bo – mając opcję all inclusive – wolny czas spędzaliśmy przy barach, sącząc drinki… Korzystaliśmy też z basenu i przybasenowej “patelni”, gdzie także sączyliśmy drinki… Poza tym dużo czasu spędzaliśmy także w stołówce na posiłkach, do których podawano wino… Oczywiście – prawie co drugi dzień byliśmy na jakiejś wycieczce.

Poza tym wszędzie było czysto. Ręczniki pani zmieniała codziennie, pościel po tygodniu. Nie było na co narzekać. Tutaj także – podobnie, jak na Majorce – nie zauważyliśmy żadnych podejrzanych owadów.

W hotelu mnóstwo Hiszpanów, ciut Niemców i dużo Polaków. I to wcale nie geriatrycznych – my chyba byliśmy (z Polaków) najstarsi. Wszyscy się świetnie bawili, tańczyli, chodzili na spacery, na wycieczki.

Jedzenie było dobre i dość urozmaicone, ale ja prawie codziennie jadłam ich ziemniaczki gotowane w skórkach w mocno osolonej wodzie z ichnimi sosami. Zamiast chleba za to zajadałam się churrosami i croisantami. W ilościach minimalnych, ale skutecznie. Po powrocie okazało się, że przytyłam 2 kg!

Byliśmy także raz w polecanym tamtejszym barze na regionalnej kawie pt. barraquito. To taka kawa z alkoholem, podawana warstwami. Wygląda pięknie i smakuje obłędnie! A do tego ten podawacz!!! ;)))

Podsumowując i porównując (i to jest moje subiektywne porównanie):

Teneryfa jest prześliczna i bardzo urozmaicona. Dla młodego, zdrowego człowieka są tam niezmierzone tereny do eksploracji (góry Anaga, wąwóz Masca, park narodowy Teide) – jest się gdzie tam powłóczyć w pięknych okolicznościach przyrody. Do tego przez okrągły rok, bo nawet zimą tam jest ciepło! Na północy jest chłodniej i bardziej wilgotno, na południu sucho i bardziej gorąco. Dla każdego coś miłego.

Plaże (oprócz kilku) czarne, z dziwnym piaskiem. I to jeszcze nie jest takie najgorsze. Gorsze jest to, że wykąpać się w oceanie jest tu trudno. Po prostu fale są przeraźliwie silne i potrafią przewrócić człowieka. A wkoło pełno głazów i kamieni… Raj tam jest raczej dla miłośników surfingu – oni mają tam warunki cały czas! Zwykłym plażowiczom zostają baseny przyhotelowe i kompleksy basenów – rewelacyjne zresztą.

Na Majorce teren także jest bardzo zróżnicowany, ale północ niewiele się różni klimatem od południa. Na północy nie byliśmy, ale wybrzeże południowo-wschodnie tej wyspy skradło moje serce. Do tej pory ciepło wspominam te urokliwe zatoczki ze spokojną, słoną i  przejrzystą wodą z piaszczystymi plażami, pachnące pinią. Gdzie można było zawsze bezpiecznie wejść do wody, żeby popływać.

W samym hotelu Cala Gran warunki były dużo lepsze (dla 3 osób były 2 pokoje ze wspólną łazienką) i położenie hotelu (50 m od plaży) także było idealne. Myślę też, że obsługa hotelu bardziej przyjacielska, życzliwa i pomocna. Miasteczko (Cala D’or) bardzo sympatyczne, takie przytulne i czyste.

Gdybym miała jeszcze raz wyjechać na Majorkę lub Teneryfę, to bez wahania wybrałabym Majorkę. Ale tylko dlatego, że na Teneryfie zobaczyłam już wszystko, co było do zobaczenia. A odpoczywać wolałabym na Majorce. Chociaż nie spodziewam się. Jest jeszcze tyle innych miejsc do zobaczenia!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s