Światełko w tunelu

Ruszyła z kopyta moja sprawa z WP (wstrętny pasożyt – moja siostra). Okazuje się, że zabrakło jej już forsy (a żyć trzeba) i skądś trzeba tę kasę wykombinować. Ma WP jeszcze 5/6 mieszkania po rodzicach, domek z działką siedliskową i kilkoma kawałkami ziemi w świętokrzyskiem po matce. Ten dom z hektarami wymaga założenia do wszystkiego ksiąg wieczystych (żeby ewentualnie sprzedać), a to też kosztuje (i forsy, i czasu). Najłatwiej sprzedać mieszkanie po rodzicach.

Niestety (dla WP) mieszkanie po rodzicach jest współwłasnością ze mną, a ja oprócz spłaty ewentualnie mojej części mieszkania domagam się także spłaty należnego mi zachowku po matce.

Całe lato mój adwokat próbował ugody z WP. Ona nawet w pewnym momencie zgodziła się na moje finansowe warunki, ale nie potrafiła określić terminu spłaty zobowiązania, więc ugoda nie doszła do skutku. Już adwokat szykował sprawę o zachowek do sądu, gdy okazało się, że WP chce znowu się dogadać.

Kwota zachowku wyliczona przeze mnie i podana jej w rozliczeniu to – powiedzmy – 100%. Ja zgodziłam się na zejście w negocjacjach do 80%. Ona powiedziała, że da mi 55%. Obśmiałam ją (przez adwokata, bo ja nie mam przyjemności w ogóle obcowania jakiegokolwiek z WP), na co ona się zgodziła na 67%. Na koniec tej przepychanki stanęło na 73%. I myślę – jestem pewna – że to już koniec ustaleń.

Mój adwokat szykuje umowę notarialną, dzięki której ja mam dostać z zapłaty ze sprzedaży tego mieszkania swoją działkę za mieszkanie (po Tacie) i zachowek (po matce). Bez mojej zgody tego mieszkania sprzedać WP nie może (ha, ha, ha!!!).

W ten sposób, po sprzedaży mieszkania po rodzicach, WP odda mi połowę tego, co otrzyma od kupującego.

Mieszkanie po rodzicach jest położone w bardzo dobrym punkcie miasta. W bloku z windą, na 1 piętrze. Trzy pokoje z widną kuchnią i łazienką, dodatkowo z piwnicą. Takie mieszkania chodzą u nas po ok. 200 tys. – WP sprzedaje to mieszkanie za 177 tys., bo nie chce jej się tego mieszkania trochę ogarnąć. Przez ostatnie 4 lata, w których tam mieszkała, zagraciła je i zeszmaciła tylko niemożliwie. Znalazła szybkiego kupca za lichą kasę i trzyma go, bo jej pieniądze pilnie potrzebne. Ale cóż: łatwo jej przyszło, łatwo poszło.

Słyszałam, że WP skarżyła się mojemu adwokatowi, że ma ogromne długi i musi je szybko spłacić. Sam zadatek za to mieszkanie pójdzie na dług do wspólnoty (mieszkała, a nie płaciła) i na podatek za spadek, którego jeszcze przez te 4 lata nie zapłaciła (bo nie zgłosiła w terminie 6 m-cy spadku w US). A jeszcze bedzie musiała zapłacić podatek za sprzedaż mieszkania (bo sprzedaje przed 5 laty po otrzymaniu go w spadku)… No, ale tak to jest, jak się nie myśli…

WP od chwili śmierci matki nie odezwała się do mnie, nie zadzwoniła, nie odwiedziła. Za to obgadywała mnie wszędzie, jaka to ja jestem wredna, bo się domagam od niej jakichś pieniędzy, a przecież ona uważa, że mnie się nic nie należy!!! Nie próbowała się jakkolwiek dogadać i porozumieć – dopiero teraz, gdy ma nóż na gardle… A przecież teraz zapłaci mi w rozliczeniu tyle, ile od początku od niej żądałam w ramach spłaty, a sama dodatkowo odda państwu i adwokatowi całkiem dużą sumę. Ja mojemu też nieco, ale z przyjemnością 😉 – dzięki niemu nie muszę oglądać i wysłuchiwać WP – to warte wielu pieniędzy!

Tak więc wszyscy trzymamy kciuki, żeby jak najprędziej zakończyć to wszystko i abym mogła WP wykreślić na zawsze ze swojego życiorysu!

wredna młodsza siostra

List do przyjaciółki ;)))

Mówią, iż należy codziennie jeść jedno jabłko ze względu na żelazo i jednego banana ze względu na potas. I też jedną pomarańczę na wit. C i pół melona żeby poprawić trawienie oraz filiżankę zielonej herbaty bez cukru, aby zapobiegać cukrzycy.

Każdego dnia należy pić dwa litry wody (tak, a potem je wysikać, na co schodzi dwukrotnie więcej czasu niż na wypicie)

Codziennie należy pić Activię lub inny jogurt, żeby mieć L.Casei Defensis, i choć nikt nie wie co to za g.. jest – wygląda na to że jeśli codziennie nie zjesz półtora miliona, zaczynasz widzieć ludzi niewyraźnych..

Codziennie jedną aspirynę żeby zapobiegać zawałowi i lampkę czerwonego wina w tym samym celu, plus jeszcze jedną białego na układ nerwowy. I jedno piwo – już nie pamiętam na co. Jeśli wypijesz to wszystko razem, to nawet jeśli od razu dostaniesz wylewu, to nie masz się co przejmować, bo nawet się nie zorientujesz…

Codziennie trzeba jeść błonnik. Dużo, ogromne ilości błonnika, aż zdołasz wypróżnić cały sweter. Należy przyjmować między sześcioma a ośmioma posiłkami dziennie, lekkimi, i oczywiście nie zapominając o dokładnym pogryzieniu sto razy każdego kęsa. Robiąc małe obliczonko już na samo jedzenie zejdzie Ci z pięć godzinek.

A – po każdym posiłku należy umyć zęby, to znaczy po Activii, i błonniku zęby, po jabłku zęby, po bananie zęby… i tak dokąd starczy zębów…

Lepiej powiększ łazienkę i wstaw sprzęt audio, ponieważ między wodą, błonnikiem i zębami spędzisz tam dziennie wiele godzin..

Trzeba spać osiem godzin i pracować kolejne osiem, plus pięć, jakie potrzebujemy na jedzenie = 21. Jeśli nie spotka Cię coś niespodziewanego zostają Ci trzy. Wg statystyk oglądamy telewizję trzy godziny dziennie. No dobrze, już nie możesz, bo codziennie trzeba spacerować co najmniej pół godziny (dane z doświadczenia – lepiej po 15 minutach wracaj, bo inaczej z pól godziny zrobi Ci się godzina).

Należy dbać o przyjaźnie, gdyż są jak rośliny, należy je podlewać codziennie, i jak jedziesz na wakacje, to jak sądzę również. Ponadto należy być dobrze poinformowanym, więc trzeba czytać co najmniej dwa dzienniki i jeden artykuł z czasopisma, żeby skontrastować informacje.

A i trzeba uprawiać sex każdego dnia, ale bez popadania w rutynę, trzeba być innowatorskim, kreatywnym, odnowić uczucie pożądania. To wymaga swojego czasu. A co dopiero jeśli ma to być sex tantryczny! (celem przypomnienia: po każdym posiłku myjemy zęby!)

Na koniec z moich obliczeń wychodzi mi jakieś 29 godzin dziennie. Jedyne rozwiązanie jakie przychodzi mi do głowy to robienie kilku rzeczy na raz. Na przykład: bierzesz prysznic w zimnej wodzie i z otwartymi ustami – w ten sposób połykasz 2 litry wody …

Wychodząc z łazienki ze szczoteczką do zębów w ustach uprawiasz sex (tantryczny ) ze swoim partnerem/partnerką, który w międzyczasie ogląda telewizję i opowiada Ci co się dzieje na ekranie w czasie, gdy szczotkujesz zęby. Masz jeszcze jedną wolną rękę? Zadzwoń do przyjaciół!! I do rodziców!! Wypij wino (po telefonie do rodziców przyda się).

Uff… Jeśli zostały Ci jeszcze dwie minuty, to prześlij to dalej do przyjaciół (których trzeba podlewać jak rośliny). A teraz już Cię zostawiam, bo z jogurtem, połową melona, piwem, pierwszym litrem wody i trzecim posiłkiem z błonnikiem, nie wiem już co zrobić, ale pilnie potrzebuję ubikacji. A po drodze wezmę szczoteczkę do zębów…


juz czy jeszcze

 

Jeśli już wcześniej Ci to wysłałam, to wybacz, to pewnie Alzheimer, którego mimo tylu środków zapobiegawczych nie uniknęłam… ;)))

Święta teraz właściwie mam cały rok

Tyle, że nie szykuje się takiego żarcia.

A ja jak nic nie robię, to nic, ale jak się do czegoś dorwę, to nie mogę przestać.

Chciałam upiec sernik, makowiec i keks, ale mąż mi kategorycznie zabronił. Powiedział, że jedna blacha zupełnie wystarczy. Wkurzyłam się, ale pomyślałam i zrobiłam tak:

sernik i makowiec w jednym

Jest jedna blacha (powyginana strasznie)? Jest!

Zostało mi farszu z kapusty i grzybów, to wymyśliłam paszteciki kruche. Mało roboty, a ile radości!

I to wszystko.

Wczoraj zadzwonił do mnie mój adwokat. Podobno widział się z moją siostrą w sądzie i siostra chce się porozumieć co do zwrotu mi pieniędzy. Bo chce sprzedać mieszkanie po rodzicach, to będzie miała kasę i chce się rozliczyć. Upoważniłam adwokata do negocjacji, ale zaciekawiło mnie, dlaczego ona nagle taka chętna? Święta jakieś idą, czy co?…

Pomyślałam, że pewnie w sądzie była na swojej sprawie alimentacyjnej. Zadzwoniłam więc do byłego szwagra niby z życzeniami świątecznymi, ale też aby dowiedzieć się o co chodzi. No i okazało się, że moja siostra w takim dobrym humorze i tak łaskawie do mnie nastawiona, bo wygrała sprawę podniesienia alimentów z 400 na 800 zł. Przy okazji dowiedziałam się, że jest ona na rencie (ciekawe na co!!!). Zważywszy, że najniższa renta netto to ok. 400 zł plus alimenty od byłego męża 800, to proszę, jak się krówsko ustawiło! Dalej może nic nie robić i żyć za cudze!

A swoją drogą – faceci mają przerąbane. Jak się dadzą przesądzić, że rozwód z ich winy (a nierzadko ich wina jest problematyczna), to mają z głowy. Bo alimenty na dzieci się płaci góra do 25 roku życia. Żonie trzeba płacić do usranej śmierci. W przypadku mojego byłego szwagra to jeszcze (optymistycznie) około 30 lat. A przecież nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. Za jakiś czas znowu może wnieść o podwyższenie alimentów!

Mam zamiar namówić byłego szwagra, żeby się wyniósł np. na Bali. Tam pewnie elektryków potrzebują, życie jest tanie i ekstradycji nie ma. Ale – jak go znam – nie odważy się na to…

I tyle radosnych informacji (dla mnie) w tym okresie tuż przedświątecznym.

Życzenia – cóż – wszyscy wszystkim ślą. To i ja też.

Było nudno?

Wczoraj, przy kawie mój mąż stwierdził, że codziennie o tej samej pijemy tę samą kawę, do niej jemy te same ciasteczka… Dodałam, że także codziennie prawie wstajemy o tej samej porze, kładziemy się o tej samej porze spać… On chodzi ciągle do tych samych sklepów i przeważnie kupuje te same produkty, do których jesteśmy przyzwyczajeni…

I powiedziałam mężowi, żeby się cieszył z tej względnej monotonii i utartych ścieżek. Bo nie wiadomo, co nas jeszcze może czekać…

No to dzisiaj na dzień dobry dostałam plik papierów z sądu. Oczywiście rzecz dotyczy mojej siostry, a raczej mieszkania po rodzicach, które siostra zajmuje. Okazuje się, że zajmuje, ale nie płaci. Już w czerwcu (okazuje się) miała zaległości w czynszu na 2,5 tys., a do sierpnia 3,7 razem z odsetkami.

I kto to ma zapłacić? Oczywiście – także ja, bo jestem współwłaścicielką mieszkania. Co prawda w 1/6 i tam nie mieszkam, ale współnota naliczyła mi 1/3 i pisma o zadłużeniu wysyłała na adres mieszkania (w którym – jak już wspomniałam – mieszka tylko moja siostra).

Nawet odbyła się sprawa w sądzie (zawiadomienie podobno poszło na adres siostry) i sąd zasądził ode mnie zapłatę tych 1/3, czyli marne 1,24 tys. z tytułu zadłużenia…

Ciśnienie wzrosło mi grubo ponad normę. Przysięgam, że w tym momencie mogłabym zabić. Tak – nie przesadzam. Jedno z nielicznych rzeczy, których nienawidzę, to chamstwo i bezczelność.

Nie dosyć, że wstrętny pasożyt (WP) – moja siostra – zajęła sobie mieszkanie po rodzicach, zagarnęła wszystko i niczego mi nie spłaciła (ani nawet nie wykazała dobrej woli), nie ma ze mną żadnego kontaktu od śmierci matki i ma to głęboko w doopie, to jeszcze nie raczy płacić za czynsz w mieszkaniu, które zajęła. I jeszcze ja mam partycypować w kosztach jej mieszkania! Może za chwilę mnie jeszcze poda o alimenty???

Oczywiście natychmiast zadzwoniłam do mojego adwokata, żeby się tym zajął, bo mnie zaraz szlag trafi. Trochę mnie uspokoił, ale co mi podskoczyło, to mi podskoczyło. Mamy się spotkać w środę.

Trzeba się też w trybie pilnym zająć WP i jak najszybciej znieść tę współwłasność. Inaczej – moge się założyć – stale będą mnie spotykać takie niespodzianki. Ale tu wątroba aż mi się przewraca, jak sobie pomyślę o tych naszych sądach – i nierychliwych, i – jak widać – nie całkiem sprawiedliwych. Człowiek ogląda takie różne sprawy w programach interwencyjnych, a tu proszę – sam znienacka ma taką sprawę, która do interwencji się nadaje.

I to by było na tyle tej monotonii życia emerytów… ;)))

podział mieszkania

Nowy członek rodziny

Byłam wczoraj u córki poznać jej psa. Przyznam, że byłam sceptycznie nastawiona do wzięcia psa ze schroniska. Głównie chodziło mi o to, że pies rasowy ma określony charakter i możemy sobie wybrać taki, jaki nam odpowiada. W przypadku kundelka nigdy nie wiadomo, na jaki typ się trafi. Nie mówiąc o obciążeniach poprzednich miejsc pobytu pieska, czy też czasu spędzonego w schronisku i na pewno pozostawiającego ślad na psychice.

Córka jednak ma charakter strasznie ukierunkowany na pomoc (działa w tych różnych stowarzyszeniach pomocowych – teraz np. udziela się mocno w Szlachetnej Paczce), więc byłam prawie pewna, że psa ze schroniska weźmie. Chciałam tylko, by ten pies nie był z tych dużych i żeby nie był mocno włochaty. W końcu miała go wziąć po moich zapewnieniach, że zaopiekuję się psem, gdyby musiała wyjechać i nie mogła ze sobą zabrać swojego pupila.

Swoją drogą – mój mąż jest negatywnie nastawiony do psa (każdego) i nie widzi go u nas w domu. Postanowiłam więc, że – jeżeli nie zgodzi się na przechowanie psa u nas w czasie wyjazdu córki – ja przeniosę się na ten czas do niej. Ciekawe, co mój mąż powie na to… A podejrzewam, że – gdyby poznał tego psa – pokochałby go od pierwszego wejrzenia, tak jak ja. Pewnie damy mu jeszcze tę szansę…

Pies został przechrzczony na Tygrysa (ze schroniskowego Parkuna) i to był pomysł wnuczki. Trzeba było jej pozwolić na nadanie imienia psu, żeby go chętniej zaakceptowała. Ale myślę, że to nawet nie było potrzebne, bo Tygrys od razu skradł jej serce. 

Nie jest tak oczywiście, żeby nie było żadnych problemów.

Tygrys w poprzednim życiu (przed schroniskiem) musiał być chyba bity za nieposłuszeństwo. Boi się strasznie wszystkiego oprócz psów i jest bardzo posłuszny. Chodzi pięknie na smyczy przy nodze, ale nic go poza tym nie interesuje. Nawet nie myśli, żeby gdzieś się zatrzymać, czy za czymś popędzić. Dobrze chociaż, że zawsze przed powrotem do domu się załatwia. W domu praktycznie nie rusza się spod drzwi wejściowych. Nie reaguje na wołanie, imię. Ignoruje kocyki w pokoju czy kuchni. Kuchni zresztą boi się, bo pierwszego dnia córka go w niej zamknęła na czas krótkiego wyjścia.  Potem okazało się, że może go zostawiać samego w mieszkaniu, bo jedyne, co robi pies, to wskoczenie na tapczan i leżenie tam. Tygrys jeszcze nic nie zbroił.

Piesek mało je i pije. Najchętniej je z ręki. Córka była nawet z nim u weta (lecznica jest obok ich domu), ale lekarz powiedział, że jak jedzenie i picie leży do dyspozycji, to pies sobie krzywdy nie zrobi. 

córka z Tygrysem

Pisałam już, że Tygrysa nie da się nie pokochać? Jest taki spokojny, chociaż jeszcze nie przytulny. Pozwala się głaskać po pyszczku – wręcz się domaga! Ma tylko taką smutką mordkę i bardzo chciałybyśmy, żeby się trochę rozhasał. No, ale na to chyba musimy mu dać jeszcze czas…

A miał to być taki fajny dzień!

Mogłabym powiedzieć, że dzisiaj był dzień jak co dzień, gdyby nie kilka szczegółów.

Po pierwsze: upiekłam sernik według tego przepisu. Nie wiem, ale mój mąż stwierdził, że niedopieczony podałam gościom.  A przecież sama jadłam i nie wyczułam surowizny (no, ale ja w serniku nigdy surowego nie stwierdzę, bo dla mnie twaróg to twaróg i już). Pierwszy raz piekłam taki sernik, to nie miałam porównania, jaki to miałby być. Dla mojego męża wyznacznikiem tego, że niedopieczony było to, że nikt o dokładkę nie prosił… 

Po drugie: nagle okazało się, że w porze obiadowej wpadł syn ze swoją kobietą (mieli wpaść tylko na kawę) i mąż im podał rosół z makaronem i kurzą nogą, co to my mieliśmy mieć na obiad. Pewnie dlatego okazało się, że mąż głodny, to i zły…

Po trzecie: wieczorem z mężem i Przyjaciółką poszliśmy na koncert. My zachwycone, a mąż znudzony, nie podobało mu się…

Po czwarte: po powrocie mąż wsadził sernik powtórnie do piekarnika i piecze go do skutku – nie wiem, kiedy ten skutek będzie. A przy okazji dostałam reprymendę, żeby nie eksperymentować z sernikiem i w ogóle z ciastami. Przecież ten sernik, który upiekłam na święta był super, to po co teraz piekłam inny. I tak pół godziny mi w kółko…

Teraz mąż nabzdyczony skubie i naciera nogi kurczęcie na jutrzejszy proszony obiad… Może też tego sernika nie spali, chociaż zapach z kuchni interesujący…

Wnioski:

Jeszcze raz przekonałam się, że nadgorliwość gorsza faszyzmu. No bo przecież – po co ja cokolwiek piekłam? Mąż powinien kupić jakieś ciasto gotowe i już. I niech mnie popieści, jeżeli jeszcze kiedyś będę chciała coś upiec w domu!!! Poza tym – na drugi raz na żaden koncert z nami nie pójdzie, bo i tak tego nie doceni. Niech siedzi sam w domu i tyle!

A przy okazji sernika popełniłam też mimochodem ciastka magdalenki – wspomnienie mojego dzieciństwa (Babcia mi piekła):

magdalenki

Tak trudno…

Trudno się pogodzić z myślą, że już nie będzie śpiewał. Dobrze chociaż, że zostało po nim tyle płyt…

Nie wiem, czy młodsze pokolenia pamiętają, jaki to był przystojny mężczyzna… I do tego ten głos…

Nie rozumiałam tego, o czym śpiewa, bo przecież nasze pokolenie to się rosyjskiego uczyło, a nie angielskiego. I tutaj pojawił się jak jakieś koło ratunkowe Maciej Zembaty, który tłumaczył te utwory po kolei i nawet wydał płytę. No, ale Zembaty to zupełnie inna bajka…

82 lata, a Leonard Cohen nadal pozostał taki przystojny, a i głos jakby mu dojrzał i zrobił się głębszy. Mógł tak sobie jeszcze pisać, komponować i śpiewać. Komu to przeszkadzało???

Piosenki mojej młodości:

Nie da się zapomnieć!

I jeszcze moja ulubiona:

„Jeśli chcesz kochanka, zrobię wszystko, aby poprosić o mnie. A jeśli chcesz inny rodzaj miłości, będę nosić maskę dla Ciebie…”

Jak co roku

I znowu, jak co roku, ledwo przeżyłam spacer po cmentarzu. Spacer spacerem, ale zważywszy, że cmentarz ma 170 ha, a my z jednego końca w drugi, to chyba wiadomo, co przeżyły moje nogi…

Szczerze? Gdyby nie pogląd mojego męża, że koniecznie trzeba tego dnia być na cmentarzu, postawić kwiaty i zapalić znicz, pewnie bym się tam nie pchała. Do mojego Taty na grób jeżdżę zwykle latem, z córką, gdy mamy czas i ochotę. Mój mąż też jeździ w ciągu roku na grób swojej pierwszej żony.

pierwszolistopadowa aura 

Udało nam się wstrzelić i dojechać na cmentarz po ulewnym deszczu. Niestety – w trakcie „spaceru” znowu zaczęło padać. Ale chociaż dobrze, że było ciepło.

na cmentarzu

Przeczytałam dobry artykuł Hartmana. Już gdzieś kiedyś pisałam, że nie rozumiem tego „święta”. No bo święto to radość, to właśnie składanie życzeń. A czego życzyć w „święto” 1 listopada? Wiem, że może (na pewno) odstaję od większości, ale ciągle jeszcze buntuję się przeciwko płynięciu z prądem…


Wczoraj upiekłam mężowi bułeczki drożdżowe z jabłkami (przepis) i wpakowałam 4 kg papryki pieczonej do słoików (przepis).

bułeczki nadziewane

papryka pieczona

Zrobiłam także tradycyjnie stroik na grób Taty (w stroik wkładam znicz):

stroik dla Taty

Jutro odpoczywam, bo pojutrze zabieramy się za generalne sprzątanie kuchni (takie z odsuwaniem wszystkiego).

Przerwa w pracy

Żeby nie było, że stale tyram. 

Po odmalowaniu sufitu i wytapetowaniu wc, wczoraj zrobiliśmy sobie wycieczkę. 

Mamy w sypialni taki zegar na ścianę w sypialni, co to się cyferki przykleja, a mechanizm zegarowy wiesza w środeczku. Z tym, że ten mechanizm nie działał. Mąż zaniósł do pobliskiego zegarmistrza i ten stwierdził, że za naprawę trzeba dać 30 zł. Mąż się wkurzył, bo cały zegar chyba tyle kosztował i przyniósł zepsuty mechanizm z powrotem. Znalazłam u wujka Googla, że w naszym mieście jest sklep internetowy, który wysyła takie mechanizmy w cenie ok. 7 zł. Aby nie płacić za wysyłkę, wybraliśmy się na wycieczkę na drugi koniec miasta. Tam zakupiliśmy nowy mechanizm, ciut droższy, bo nie cykający (wskazówki przesuwają się płynnie).W drodze powrotnej wstąpiliśmy także (nie przypadkiem) do mojego ulubionego sklepu. Uwielbiam ten sklep, bo jest pełen rzeczy, które chciałabym mieć, zwłaszcza z serii „nowości”. W domu przed monitorem przeglądam i porównuję różne produkty, potem wybrane pokazuję do akceptacji mężowi, a potem – tak jak wczoraj – wstępujemy do sklepu i wychodzimy z upatrzonym sprzętem. Wczoraj nabyliśmy nowy odkurzacz, bo stary mężowski ma już z 20 lat i znowu (!) pękł pojemnik na wodę. Nie wiem, jak on (tzn. mąż) to zrobił, ale generalnie ja mu się do odkurzania nie wcinam, więc nie wiem. Dobrze, że mąż zdecydował się na kupno nowego. Stary poszedł do piwnicy – będzie tam czekał na wywalenie na śmietnik…

A to nowy – mam nadzieję, że na dłużej – „kolega” męża: