Ostatnie 3 miesiące – streszczenie

Trzy miesiące to chyba dość dużo czasu i chyba wypadałoby się w końcu przestać leniwić.

Przy czym leniwienie się dotyczy – w moim przypadku – tylko pisania bloga. Bo generalnie te minione miesiące były dla mnie dość intensywne. Ja wiedziałam, że nie będę się nudzić na emeryturze, ale nie wiedziałam, że aż tak będę zajęta. Fakt, że wstaję codziennie o 10.00 (spać się kładę ok.1-2 w nocy), ale cały dzień mam jakieś zajęcie tak, że nawet czasami nie nadążam…

Początek lipca upłynął pod znakiem moich 63 już urodzin. To się w głowie nie mieści, jak teraz szybko czas pędzi! Wciąż nie mogę się temu nadziwić. A imprez teraz urodzinowych żadnych nie robię – czekam na te okrągłe! ;))) Ale męża zaprosiłam jednak do greckiej restauracji na fajne, tamtejsze jedzonko – było pysznie!

 

W lipcu okazało się też, że po raz siódmy zostanę babcią (mam 3 wnuczki i 3 wnuków). Z tej okazji byłam z córką na badaniach prenatalnych i na własne oczy po raz pierwszy widziałam usg takiego małego fasolka. To niesamowite – ta technika – wszystkie części ciała w olbrzymim powiększeniu, wszystko można zobaczyć, sprawdzić. Byłam bardzo wzruszona i podekscytowana. Na następne takie badanie we wrześniu  córka poszła już z zięciem (zięć mi sfilmował to badanie) i wtedy też okazało się, że to będzie Marysia!

Potem nastąpiła obrzydliwa fala upałów, która skutecznie wyłączyła mnie z jakiejkolwiek innej działalności oprócz czytania i oglądania filmów w trakcie robienia na drutach.

 

dav

Tylko do tego byłam zdolna w mieszkaniu z zamkniętymi oknami, zasłoniętymi roletami i włączonym wentylatorem. Susza panowała u nas długo, wszystkie zapowiadane deszcze czy burze przechodziły bokiem i naprawdę trudno było żyć.

Na szczęście też dzieciaki porozjeżdżały się wakacyjnie i nie molestowały nas swoją obecnością.

 

wnuki zdobywają nord kapp

Niestety – w sierpniu trzeba było się jakoś sprężyć, bo obowiązki (miłe) towarzyskie czekały.

Moja dobra koleżanka z nadmorskiej miejscowości zaprosiła nas do siebie na kilka dni przed jej wyjazdem. Wynajęła ona bowiem swoje mieszkanie na rok, aby przez ten czas zwiedzić trochę świata. Koleżanka jest młoda (rocznik 69), bardzo odważna i dość przedsiębiorcza. Była już w wielu rejonach świata, ale ostatnio kilka razy odwiedziła Bali (także samotnie) i zakochała się w tamtym miejscu. Teraz też wybrała się (już tam jest) na Bali, a stamtąd ma zamiar za chwilę wyskoczyć do Nowej Zelandii. Bardzo jej kibicujemy!

Tak więc odwiedziliśmy koleżankę – nawet wybraliśmy się w rejs starym jachtem po Bałtyku.

 

dav

Potem nie mogłam sobie jeszcze odmówić wizyty u mojej Przyjaciółki (prawie po drodze do domu) ;)))

Pod koniec sierpnia zaliczyłam jeszcze w jednym tygodniu pogrzeb dobrej, starej znajomej, a także ślub koleżanki jeszcze ze szkoły.

Wrzesień tradycyjnie rozpoczyna się imieninami mojego męża, ale aktualnie na takie imieniny przychodzi tylko 10 osób, więc się nie spinamy. Robimy tylko obiadek, ciut zakąsek i ciasto do kawy. I wszyscy zadowoleni.

Potem mieliśmy maraton ślubny, który polegał na tym, że w piątek pojechaliśmy pociągiem na 15.00 na ślub i wesele siostrzenicy męża do Leszna. Rano znowu w pociąg (przez Wrocław i Częstochowę), bo w sobotę o 15.00 oczekiwano nas na odnowieniu ślubów (60) mojej chrzestnej w kościele w kieleckiem…. Potem – oczywiście – wielka impreza do 1 w nocy! A następnego dnia poprawiny i podwieziono nas na dworzec do Krakowa, skąd mieliśmy nocny pociąg do domu… Wróciliśmy w poniedziałek o 8 rano i walnęliśmy się spać!!!

 

dav

W kinie byliśmy na “Mamma Mia! Here We Go Again” (my trzy przyjaciółki i mój mąż) – podobno to była komedia, ale ja się spłakałam jak głupia… Potem poszliśmy (my trzy przyjaciółki i mój mąż) też podobno na komedię “Juliusz”, ale na tym jakoś też nie było nam do śmiechu, bo (wg nas) to bardzo refleksyjny film… No i mocny akcent z piątku – “Kler”, na którym byliśmy bez jednej Przyjaciółki, która nie mogła dojechać. O “Klerze” mogę tylko napisać jedno: oczywista oczywistość i cała prawda o mafii…

Zaproszeni także byliśmy z Przyjaciółką na pożegnalnego grilla do drugiej Przyjaciółki (lat 48), która właśnie rzuca wszystko i wyprowadza się na stałe do Turcji. Rozwiodła się, sprzedała dom, firmę i ma zamiar spędzić swoje najpiękniejsze lata w cieple i spokoju. Z drugą Przyjaciółką trzymamy mocno kciuki za jej plany – już zapowiedziałyśmy jej swoją wizytę za 2 lata – jak się urządzi i okrzepnie w nowym miejscu. W przyszłym roku nie możemy, bo odwiedzamy inną koleżankę (obiecaliśmy), która mieszka na wyspie greckiej.

A za 11 dni z mężem i Przyjaciółką wylatujemy znowu do cieplejszego miejsca. Bo to nie jest tak, że nie znosimy ciepła – my nie znosimy upałów, a tam, dokąd lecimy będzie po prostu o tej porze roku ciepło. Przykry tylko będzie powrót, gdy tam pod koniec października będzie 25-27, a u nas 9 st.C. Będzie szok!

Powinnam się już z lekka zabierać za pakowanie, ale jakoś nie mam natchnienia. Może od jutra?

Zdrowotnie jakoś daję radę. Kolano boli permanentnie, ale jest to ból do zniesienia. Daję radę nawet na dłuższych dystansach, chociaż staram się nie forsować. I nie mam zamiaru. Reszta – stosownie do wieku!

Spotkanie



Byliśmy na corocznym spędzie starych znajomych. Są to nasze połowinki, bo spotykamy się zawsze mniej więcej w połowie roku, w sobotę. Od 10 lat spotykamy się w 4 pary na grillu. Każdy przynosi jakieś żarełko i picie. Oczywiście kiedyś wyglądało to inaczej niż obecnie: na stole królowały mocne alkohole – bywało tak, że ogarnialiśmy jednocześnie i wódeczkę, i piwo… Do jedzenia także były przygotowywane  “tony” mięsiwa, sałatki, zakąski i zagryzki. Przez te 7-8 godzin (rozchodziliśmy się zwykle koło 1-2 w nocy) wszystko to, co na stole zwykle zostało zmiecione, a alkohol wypity, co znacznie wpływało na nasz stan. Z radością i nierzadko pieśnią na ustach rozprowadzaliśmy się po domach, dzierżąc w dłoniach puste torby z pustymi naczyniami po potrawach. Na drugi dzień leczyliśmy kaca i usiłowaliśmy ugnieść spasione brzuchy…  I za każdym razem obiecywaliśmy sobie wszyscy, że następnym razem zaniesiemy tam mniej jedzenia, a już na pewno mniej alkoholu…

Tak mijały lata, a nasze obietnice nigdy nie zostały spełnione. Każdy zawsze przynosił po kilka dań (dla 8 osób), parę zgrzewek piwa, a to jakąś oryginalną wódeczkę, a nawet wino własnej roboty. Szczerze powiem, że zupełnie przestało mi to odpowiadać ponad 4 lata temu, bo byłam po operacji usunięcia pęcherzyka żółciowego (dieta!). Zauważyłam też, że i inni zaczęli niedomagać i też im już nie służy i to picie, i żarcie. Któregoś razu zaniosłam na takie spotkanie tylko sałatkę grecką i piwo – inni też zaczęli się ograniczać.

Wczoraj niby wszystkiego było mniej niż zwykle, ale i tak wyszliśmy napchani jak balony. Fakt, że wszyscy trzeźwi, bo tylko po kilku piwach na łebka.


słodkie grzybki, które zrobiłam na imprezę

Rozmowy też przez te lata zmieniły mocno kierunek. Przedtem królowały rozmowy o podróżach, wspomnienia z wyjazdów i plany na następne wojaże. Panowie dyskutowali godzinami o samochodach, a panie o pracy, dzieciach. Teraz każda rozmowa, choćby rozpoczynała się od czegoś innego, schodziła na choroby, lekarzy, zabiegi itp. Panie dodatkowo wprowadziły temat wnuków. Ja usiłowałam sprowadzić dyskusję na poważniejsze tory – rozpoczęłam o uchodźcach, o tolerancji, o zanieczyszczaniu środowiska. Okazało się, że przez tyle lat tak naprawdę nie znałam ludzi, z którymi się spotykałam! Kolega, którego zawsze bardzo lubiłam i szanowałam, okazał się homofobem. Drugi – totalnym islamofobem… Zero tolerancji dla odmienności – zwłaszcza takiej skrajnej. Dla mnie – osoby niezwykle tolerancyjnej i nie oceniającej człowieka wg jego wyznania czy orientacji seksualnej – to postawy niedopuszczalne.

Zawsze w takich momentach myślę sobie: co ty – kolego zrobisz, gdy twój wnuk przyprowadzi ci do domu narzeczoną ciemnoskórą muzułmankę? Zmienisz poglądy, czy wyrzucisz z domu wnuka?

Świat się zmienia i myślę, że musimy się pogodzić z różnorodnością – ludzi także. Nie uciekniemy i nie schowamy się przed tym. Tak myślę.

 

A jeszcze muszę pokazać sowę, która urzęduje u nas w parku. Wygląda w tej dziupli jak wyrzeźbiona:


sowa w naszym parku

 

No i jeszcze informuję, że zaczęłam sweterek, o którym pisałam. Ciekawe, kiedy uda mi się go skończyć, i czy stanie się to przed wyjazdem w październiku…


rozpoczęty sweterek

Żyję, żyję!



Żyję, żyję. Spokojnie, bez większych szaleństw.


Bardzo dużo czytam, a – wiadomo – jak się czyta, to trudno pisać. Czasem nas ktoś odwiedzi, czasem my gdzieś wpadniemy… W przerwie między jedną książką, a drugą byliśmy np. kilka dni we Wrocławiu. Była też kilka dni (inne kilka dni) we Wrocławiu córka z mężem i wnuczką – trzeba było się zajmować psem Tygryniem… Odwiedziła nas moja bardzo bliska kuzynka z Gdyni, a także poznaliśmy osobiście dalszą rodzinę żony mojego średniego syna. A wcześniej tę rodzinę poznaliśmy przez internet, przez portal MyHeritage (drzewo genealogiczne).


Od czasu do czasu wspólnie z mężem robimy akcje np. mycie okien, albo sprzątanie balkonu, czy pranie firan (pierze pralka, ale ktoś to musi zdjąć, a potem zawiesić ;).

Spacery robimy krótkie, najczęściej do biblioteki i z powrotem – mamy przez park, to można potraktować ostatecznie jako spacer 😉

W słoneczne dni rozkładamy się bezczelnie na balkonie i opalamy. Ale nie może być za gorąco, bo wtedy długo nie wytrzymuję.

Poza tym w końcu zrobiłam porządek w mojej szafie i przygotowałam sobie trochę ciuchów do przeszycia, poprawienia itp. Jak mnie natchnie, to wstaję od książki, idę do drugiego pokoju i szyję.


poukładane w szafie


Dla urozmaicenia zamówiłam sobie włóczkę na sweterek i będę dziergać – dawno tego nie robiłam, chociaż znalazłam kilka rozpoczętych robótek. One jednak muszą czekać na swoją kolejkę. Teraz myślę o lekkim, siwym sweterku… Może zdążę zrobić przed wylotem na wakacje?

O – i kupiłam sobie swoją walizkę – była w promocji za 140 zł z kuferkiem, a – co najważniejsze – w moim ulubionym kolorze!


walizka z kuferkiem


Siedzę też przed lapem i planuję wyjazd. Zbieram skrzętnie wszelkie informacje, ciekawe trasy, miejsca. Patrzę, ile co kosztuje, ile musimy zabrać kasy na tę wyprawę.

Dzisiaj miałam swój duży sukces, bo udało mi się zarezerwować wejście na konkretną godzinę konkretnego dnia na szczyt wulkanu. Nie było to łatwe, bo wszystko w różnych, obcych językach, na dodatek chcieli ode mnie nr paszportów, a my paszportów nie mamy… A wszystko tylko on-line załatwić można… Znajoma (która tam mieszka na stałe)  powiedziała mi, że tego nie załatwię bez paszportów, ale ja gdzieś wyczytałam, że komuś się udało… to dlaczego mnie ma się nie udać? I tak długo wklepywałam różne dane w różnych konfiguracjach, aż w końcu załapało! Wydrukowałam zezwolenie i mam!!!

 

Kombinuję też czym i jak najtaniej, ale najefektywniej popłynąć w poszukiwaniu delfinów, wielorybów i żółwi:  wczytuję się w opinie, oglądam filmiki na YT – mam już swoje typy, które wymagają jeszcze konsultacji z resztą naszej drużyny (trzyosobowej).

żółwik w oceanie


Tak więc zupełnie się nie nudzę.

Święta (jakiekolwiek) są przereklamowane



5 marca jest Dzień Teściowej. Mój bilans: dwie synowe, jedna prawie (bo w związku partnerskim od 5 lat) i jeden zięć – zero życzeń. 8 marca – Dzień Kobiet – mąż ślubny, trzech synów i jeden zięć – zero życzeń. Wszyscy są ponadto, nie obchodzą, mają takie święta w doopie… Przyjdzie – bo musi przyjść – taki czas, że ja też będę miała w doopie wszystkie ich imieniny, urodziny, rocznice i święta lasu – zdziwią się zapewne, bo ja w rodzinie jestem tą, która pamięta…. Człowiek się w końcu całe życie uczy – prawda?


Wczoraj o godzinie 19.00 mój najmłodszy syn skończył 36 lat – taki mi prezent zrobił w przeddzień Dnia Kobiet. Od 7 lat nie utrzymuje ze mną kontaktu, a rok temu (gdy do niego zadzwoniłam) posunął się nawet do gróźb karalnych (zaraz go wydziedziczyłam – a co!). Nie znam moich dwojga wnucząt – taki jego i jego żony wybór. Trudno…


Wczoraj także o godzinie 19.00 oddałam się (z mężem) rozrywce ludycznej. Jakiś czas temu wpadłam na genialny pomysł, żeby się trochę odchamić i zabrać małżonka na coś miłego i nieskomplikowanego. Takie miewam genialne głupie pomysły…

 

Teraz będzie dygresja:

Nie wiem, jak jest w innych miejscowościach, ale u nas jest kilka teatrów, duża arena, filharmonia, trochę klubów – wydawałoby się więc, że mamy dostatek rozrywek dla mas. Nic bardziej mylnego! Do teatru z moim mężem nie pójdę, bo to zbyt wysublimowana rozrywka (próbowałam). W klubach rzadko cokolwiek jest dla ludzi w naszym wieku, a jeżeli się uda coś trafić, to – niestety – miejsca są nienumerowane i trudno się wpasować w tłum młodych ludzi. Arena i filharmonia to już rozrywka z najwyższej półki – i chodzi mi tu raczej o najwyższą półkę cenową.

Wynotowałam kilka z propozycji: Michał Szpak – jeden bilet 110-135 zł, 12 Tenorów – 90-120, Koncert muzyki filmowej (Steczkowska, Piotr Cugowski, Kuba Badach, Igor Herbut, Fleszar) 109-249 zł, Edyta Geppert 80-110, Kabaret Skeczów Męczących 90-110.

A jeszcze trzeba wziąć pod uwagę gust i fanaberie (raczej nie moje). Mąż mój na Szpaka może by jeszcze poszedł, ale gdyby się dowiedział, ile kosztowały bilety (bo trzeba by kupić dwa), to by mnie chyba zabił! Albo przynajmniej miał focha przez miesiąc!

A – i jeszcze, żeby dostać te tańsze bilety, to trzeba naprawdę mieć refleks, bo znikają w zawrotnym tempie! W końcu poluje na nie przynajmniej (tak myślę) ¼ 400-tysięcznego miasta…


Po dygresji:

Dostaję informacje na maila o imprezach w naszym mieście i w ten sposób dostałam też informację o tej wczorajszej imprezie. Pomyślałam – będzie wigilia Dnia Kobiet, pomyślałam – mężowi zapewne się spodoba (puściłam mu kawałek z YT i kiwał nóżką), pomyślałam – ja dam radę wysiedzieć te 1,5 godziny (chociaż muza nie z mojej bajki). Pomyślałam też, że bilety niedrogie, to się nie będzie czepiał (nawet nie zapytał o cenę!), a czasem wyjść i się odchamić wśród ludzi warto.


I powiem tak: każdy gatunek muzyki coś w sobie ma. Na początku po prostu traktowałam to jak takie lepsze disco polo, ale – okazało się, że to zupełnie nie to. Bo – co było robić – wsłuchałam się w słowa i okazało się, że są proste, ale nie takie głupie. Pan ma miły głos i dobrze z niego korzysta, ale trochę przeszkadzało mi, że reszta to fałsz: cały podkład muzyczny z playbacku, co było bardzo śmieszne w przypadku solówek na basie (a pan grał na gitarze). Może nie bawiliśmy się tak dobrze, jak fani Pana, którzy znali dosłownie wszystkie słowa jego piosenek, ale podejrzałam, że mąż nawet kiwał nóżką i klaskał w rytm jego melodii.



Ja też dałam radę, bo było bardzo głośno, a my siedzieliśmy w drugim rzędzie. Hałas skutecznie zagłuszał moje kasłanie, bo – niestety – kaszlę znowu już drugi tydzień (biorę tabsy) i jak mi nie przejdzie do poniedziałku – znowu muszę do lekarza…


A – i jeszcze! Kupując szybko bilety na imprezę jakiś czas temu, byłam święcie przekonana, że kupuję bilety na Mariusza, ale Kałamagę. Szybko wcisnęłam: kupuj – poszło!  Potem dopiero się kapnęłam, co zrobiłam i już nie było odwrotu…

mała różnica

Kałamaga czy Kalaga – w końcu jaka różnica – no nie?

Nie po drodze mi



Z blogiem nie po drodze. Nie mam czasu pisać, bo tyle się dzieje.

Dzisiaj na przykład późnym wieczorem wróciliśmy z parapetówki u mojej córki i zięcia. Byłam szczerze zaskoczona tym, jakie piękne okazało się ich mieszkanie po wysprzątaniu i ułożeniu wszystkiego na miejscu (byłam tam tuż po ich wprowadzeniu się, gdy jeszcze wszystko leżało na kupie).  Nawet u mojej wnuczki w pokoju względny porządek…

Wczoraj też wróciliśmy późno z występów szkół tańca w naszym mieście i okolicach. W jednej z takich szkół tańczy moja wnuczka (tańczy już 10 lat!). Oczywiście byliśmy tam całą grupą i dopingowaliśmy wnuczce i jej zespołowi (wnuczka pierwsza z lewej w pierwszym rzędzie – teraz ma ciemne włosy).



Jeszcze dzień wcześniej zaliczyliśmy z mężem wędrówkę po naszych bankach, bo dostaliśmy różne propozycje, kończyły się też różne umowy – w każdym razie trzeba było udać się tam osobiście.

Może dla innych osób to po prostu takie sobie wyjścia. Z domu do autobusu, z autobusu czy tramwaju do celu i z powrotem, Dla mnie jednak teraz to cała wyprawa, bo – nie oszukujmy się – chodzenie nawet o jednej kuli tylko, to nie bułka z masłem. Po nawet krótkim przejściu kolano boli, a na dodatek ręka na której opieram się na kuli. Mówię, że nałaziłam się, aż mnie ręka boli! Myślę, że w końcu w przyszłym tygodniu udam się do lekarza na ten zastrzyk. No i zapytam, czemu mi rozpaprał tak nóżkę, że boli bardziej niż przed artroskopią. Gdybym wiedziała, że tak będzie, to nie dałabym ruszać tego kolana!

Poza tym zdyscyplinowałam się i codziennie ćwiczę (jeżeli to można nazwać ćwiczeniami) po 20 minut. Po prostu robię na leżąco trochę idiotycznych ruchów, żeby rozciągnąć mięśnie nóg i nieco wzmocnić ręce. Nie jest lekko…


moje ćwiczenia


Postanowiłam też sobie, że codziennie zrobię coś pożytecznego dla domu. No, bo zdarza się, że czasem cały dzień zmarnotrawiłam na podróże w necie i czytanie książek. Dzień się skończył, a ja mogłam powiedzieć tylko, że danego dnia zrobiłam NIC. I wydało to mi się bez sensu, bo przecież i ten rozgardiasz w zielonym pokoju, i w tamtejszej szafie, i przecież robótki mam różne rozpoczęte, i szycie i karteczki do zrobienia.


marzenie o szafie

 

Kiedy to będę robiła, jak nie teraz, zimą? I tak powolutku, bez spinania się, rozpoczęłam układanie w moich szpargałach. Może do lata skończę…

Wiem – rozleniwiłam się



Ciągle znajduję sobie jakąś robotę w domu. Do pisania jakoś mnie nie ciągnie. Bo i już wieczorem, gdy zmęczona siądę przed laptopem, mogę tylko czytać.

Wczoraj był tłusty czwartek. I znowu wkurzyłam mojego męża, bo gdy on pojechał po pączki – ja w domu napiekłam drożdżówek z makiem i serem.

Ja wiem, że to głupie, ale akurat wtedy dostałam weny na pieczenie. A ponieważ miałam jeszcze zamrożony mak z dodatkami od wigilii, który czekał na moje zmiłowanie – właśnie wczoraj go wykorzystałam.

Dużo tego nie wyszło, większość zamroziłam po ostygnięciu. Teraz będę wyjmowała z zamrażalnika, odmrażała, zagrzewała lekko w mikrofali i podawała do kawy. Smakuje wtedy jak świeże, prosto z piekarnika.

Wolę coś takiego niż jakiekolwiek ciasteczka. Moje drożdżówki są nie za słodkie, a już te z serem to rewelacja! Mój mąż się wścieka (no, może wściekał raczej, bo już mu przechodzi!), że mogłam to upiec np. w przyszłym tygodniu, a nie wtedy, kiedy on do domu przytachał kilo pączków. On nie rozumie, że w przyszłym tygodniu, to ja może nie miałabym ochoty na pieczenie. Musiałam wykorzystać wenę wczoraj i już!!!


drożdżówki


Tydzień temu rozebraliśmy też choinkę. Zawsze stoi u nas tak długo, ale w tym roku szczególnie nie mogliśmy się zabrać do jej rozbierania i likwidowania dekoracji świątecznych ze względu na moją nogę/kolano. Mąż musiał się właściwie sam z tym bawić, według moich wskazówek pt. gdzie, co składać i układać. Przy okazji udało mi się przekonać męża do kupienia nowej (sztucznej) choinki na przyszłe święta. Połowę mniejszej niż ta, którą mamy obecnie. Będzie można ją postawić na komodzie (sięgnie do sufitu) i będzie można ją wtedy składać z lampkami, do wora i do piwnicy. To by wyglądało mniej więcej tak:


choinka na komodzie

 

Po tym wszystkim okazało się, że w domu jest syf i malaria. Zabraliśmy się więc do generalnych porządków we wszystkich kątach – łącznie z trzepaniem dywanów dywaników, przy czym i ja robiłam, co mogłam. Dodam, że do czyszczenia kuchni zgłosiła się moja córka, za co jestem jej ogromnie bardzo wdzięczna [ogromnie kojarzy mi się z prezydentem, który zawsze wszystko ogromnie…]. Gdyby jeszcze wymyć okna, to mogłabym powiedzieć, że porządki wiosenne (!) mam z głowy! ;)))

Zabrałam się także za niszczenie dokumentów firmowych. Co roku z ulgą niszczę kolejny rok i  utęsknieniem czekam, kiedy znikną one z moich półek całkowicie (w 2022 r.). Tych papierów jest bardzo dużo i zajmują mnóstwo miejsca. Ale tak naprawdę to musiałabym i inne rzeczy z tej mojej szafy wywalić, ale do tego jakoś zebrać się nie mogę. Może kiedyś…

Dojrzałam za to w końcu do postanowienia, że pozbędę się z domu przydasi szyciowych. Mam mnóstwo różnych tasiemek, guzików, naszywek, łatek, nici i innych różności, które zbiorę do pudła i oddam koleżance córki, która jest jeszcze młoda, ma małe dzieci i szyje amatorsko. Niech ma. Może wykorzysta, bo ja już na pewno nie.


Ferrante


W tzw. międzyczasie oczywiście czytam i w zeszłym miesiącu “przerobiłam” cykl Eleny Ferrante. Było ciężko, bo pobyt w szpitalu nie sprzyjał jakoś czytaniu, potem też trudno było się wciągnąć, ale jakoś przebrnęłam. Dawno mi czytanie nie szło tak opornie, jak w przypadku tej serii.  I znowu przekonałam się, że tak naprawdę pożeram z przyjemnością tylko thrillery lub kryminały. Już zamówiłam sobie następną partię w naszej bibliotece.

Zaatakowały mnie mikroby



Albo jakieś inne paskudztwa. Pewnie w przychodni, gdy byłam na kontroli i zdjęciu szwów. Władowałam się w tłumy i teraz mam za swoje. Już zapomniałam, jak się choruje. Ostatni raz tak miałam prawie 3 lata temu (sprawdzałam w kalendarzu), ale przeszło mi po całym dniu wyleżenia choróbska w łóżku. Tym razem męczę się już trzeci dzień (mam gorączkę, charczę, ale bez kataru!), a dzisiejsza noc była okropna. Dziś czuję się lepiej, ale – co będzie wieczorem? Najgorsze jest to, że bolą oczy – nie można pisać ani czytać. Leżeć też ciężko, bo bolą boki i  plecy…Do doopy taki interes!


prawdziwa choroba


Po mieszkaniu chodzę o kulach, bo doktor kazał oszczędzać to kolano, póki można. Powiedziałam doktorowi, że trochę się puszczam, to się zaśmiał tylko, że to sprawa między mną i mężem i on nie ma nic do tego…

A takie chodzenie o dwóch kulach to tak, jakby człowieka w ogóle w domu nie było, bo co to za przemieszczanie się, skoro nic nie możesz przy okazji przenieść. O wszystko musisz prosić.

Spojrzałam dziś na szafki kuchenne, pomacałam i się przeraziłam – tyle zależałego brudu to już dawno u mnie nie było! Ale – co się dziwić? Mój mąż owszem, odkurzy odkurzaczem, ale kurz na meblach, ten syf na szafkach – on tego w ogóle nie widzi… A to wszystko narasta i się utrwala, zwłaszcza w kuchni. I znikąd pomocy…

Gdyby ktoś nie wiedział, dlaczego w mieszkaniach starych ludzi tak charakterystycznie capi, to służę informacją: taki właśnie zależały brud, tłuszcz zbiera te wszystkie niemiłe zapachy. Do tego dochodzi pot ubrań wierzchnich, często wiszących w przedpokoju. Ludzie przyzwyczajają się do tych “swoich” zapachów i nie wiedzą, że to zwyczajnie śmierdzi. No i brak wietrzenia mieszkań… Stały zaduch także przyczynia się do tego, że w takim mieszkaniu nie jest miło… U nas jest tak, że ja otwieram okno, a za chwilę mój mąż zamyka. I nie sposób mu wytłumaczyć… No i ja jeszcze (na szczęście) nie zatraciłam węchu…


fragment naszej choinki


No i choinka z resztą dekoracji jeszcze jest w domu. Mieliśmy ją sprzątnąć w piątek, ale się rozłożyłam i kicha! Nie powiem – ładna jest i mi nie przeszkadza, ale do następnych świąt ją trzymać to już chyba gruba przesada? ;)))

Po szalonej nocy…

Ludzie to są jakieś dziwne istoty. Muszą mieć wszystko poukładane i posortowane. taki na przykład rok… dlaczego się zaczyna 1 stycznia? Przecież tak naprawdę dla każdego następny rok zaczyna się w dniu jego urodzin i wtedy dopiero powinien świętować wejście na następny level życia… Ale nie – wszyscy muszą w nocy z 31 grudnia na 1 stycznia gromadnie i głośno świętować przejście w nowy rok. I wszyscy powinni się bawić, pić i być w doskonałym humorze…


A po czym poznać, że człowiek wszedł mocno w wiek emerytalny? A po tym, że już go nie bawią te spędy, głośna muza, tłumy podchmielonych współbiesiadników. Nawet te fajerwerki drażnią, no bo co w tym ciekawego? Co roku to samo, bez rewelacji… W takim Londynie [panie dziejku] to dopiero pokaz fajerwerków był, a nie takie nic jak u nas… I jeszcze psy biedne się boją i wciskają się w fotele lub wskakują do szaf. To pewnie lepiej, żeby tych fajerwerków w ogóle nie było… Ludzie nie mają na co wydawać pieniędzy…


No i człowiek z tej smuty wielkiej by się upił (jak to onegdaj się upijał), tak do upodlenia, żeby nie pamiętał nawet, że jakiś sylwester był… Ale się nie upije, bo już organizm nie przyjmuje. Dwa kielonki sowietskoje igristoje, a szarpie jak po pół litrze z coca colą…

Nawet z picia już radości nie ma…


No i już nie poje. Bo i sałatka ryżowa dobra, i tiramisu, ale w porcjach dla krasnoludka, bo potem leży na wątrobie i spać nie daje…

 

No to widać najlepiej, że takiemu emerytowi płci obojga już lepiej z domu nie wychodzić i ignorować to wszystko wokół. Ubrać się wygodnie w dresik, ciepłe papucie, zawinąć kocykiem i popatrzeć (bo jeszcze wzrok jako taki) w telewizornię na to, jak się inni wygłupiają. Tylko nie włączać – nawet przypadkiem – programu 1 (lub 2, bo na nim to samo), bo można oszaleć razem z pewnym Zenkiem… Inne programy też nie dużo lepsze – dobrze, że jeszcze można obejrzeć jakieś kabarety na laptopie albo posłuchać swoich ulubionych wykonawców – też na laptopie. I filmy można sobie wybrać, jakie się chce, a nie to, co akurat leci…


I można sobie posiedzieć i pomyśleć, że przecież tak niedawno, rok temu też tak z mężem siedzieliśmy sami w domu, bo już wtedy mieliśmy dosyć goszczenia się i ucztowania po nocy.

Tylko jak szybko minął ten rok! I jaki był bogaty w wydarzenia, na szczęście właściwie same pozytywne. Teraz tylko trzymam kciuki, żeby ten nowy nie był gorszy. Czego sobie i innym serdecznie życzę!


2018

Jak ten czas leci!

Miałam opisywać dalsze nasze perypetie urlopowe – jeszcze nie dałam rady się za to zabrać…

Miałam opisać ślub mojej córki, a tu już minęło od niego 12 dni…

Tak czas leci, że to aż niemożliwe…

To może ja o tym ślubie najpierw.

Moja córka jest najlepsza i najładniejsza na świecie – oczywiście. I jeszcze jest mądra i wykształcona. Dba o siebie: odżywia się zdrowo, chodzi co drugi dzień na fitnesy, na basen. Do tego ma mnóstwo cierpliwości, co jest jej potrzebne, bo pracuje z dziećmi (i co na dodatek lubi). Ma dobre serce i jest pracowita. Ślicznie śpiewa i często jeździ z chórem na różne koncerty i konkursy. Jest bardzo dobrą, samotną od zawsze matką 16-letniej córki, co w dzisiejszych czasach nie jest takie łatwe.  Jest towarzyska i ma mnóstwo przyjaciół. Jest także bardzo samodzielna i tylko przez całe swoje dotychczasowe życie nie miała szczęścia do facetów.

Ojciec jej córki okazał się dupkiem niestety już po urodzeniu się wnuczki. Dlatego córka nie zdecydowała się wyjść z niego za mąż. Okazało się zresztą później, że była to jej bardzo dobra decyzja.

Potem spotykałą się z wieloma facetami, ale jej związki, prędzej czy później, zawsze kończyły się fiaskiem. Przeważnie tych jej menów nie lubiłam, ale musiałam tolerować, bo lubiła ich moja córka. Znosiłam więc jakoś jej wizyty z chłopakiem, który np. nie pozwalał jej być swobodną w domu jej matki, każdy jej uśmiech gasił swoim grymasem. Znosiłam wizyty “narzeczonego”, który był chorobliwym zazdrośnikiem, jednocześnie mającym wielkie kompleksy. Znosiłam także takiego, który próbował w mojej mądrej córce wzbudzić kompleksy, a sam był wstrętnym, grubaśnym, małym dyktatorkiem.

Na dodatek każdemu z tym gnojków (bo inaczej tego nie umiem nazwać) pasowało “chodzenie”, ale żaden z nich nie chciał przejść na wyższy poziom znajomości, nie chciał żadnych deklaracji, zobowiązań.

I tak moja córka, która marzyła o małżeństwie i o kolejnych dzieciach, po 2 latach kolejnego, bezowocnego związku, kończyła go i znowu zostawała sama. A lata leciały…

I na początku tego roku, gdy była już kilka miesięcy “bez przydziału”, a na spacery chodziła tylko z psem wziętym ze schroniska, poznała kolegę z pracy jej koleżanki. Zaczęli się spotykać w klubach, chodzili do teatru, na imprezy. Dużo rozmawiali i okazało się, że wyznają podobne zasady, że chcą od życia tego samego, i w ogóle rozumieją się doskonale. Nie zamieszkali razem, ale czas po pracy przeważnie spędzali wspólnie. Polubiła go też bardzo moja wnuczka, pies córki,  a i na mnie i moim mężu zrobił bardzo pozytywne wrażenie od pierwszej chwili. Wszyscy bardzo kibicowaliśmy ich związkowi.

W końcu w ostatni dzień wakacji zaręczyli się i od razu zaznaczyli, że ślub tak, ale żadnego wesela. Mają swoje, przegadane wyobrażenie o tym i nie będą się oglądali na nikogo. Po czym, po powrocie z wczasów, dowiedzieliśmy się, że ślub w grudniu. I że zamierzają od razu kupić sobie duże mieszkanie, na ich dwoje, jej córkę i przyszłe ich dzieci. Obrączki zamówili tytanowe, świadkami będzie dwójka ich przyjaciół, ślub będzie mieszany (bo ona wierząca i chce kościelny, a on niewierzący), na ślubie będzie śpiewał chór (w którym śpiewa córka), a obiad dla najbliższej rodziny po ślubie ostatecznie może być

.

w kosciele

ślub mieszany pan mody patrzy, a młoda pije wino

i po ślubie

No i po ślubie. Ja jestem zachwycona zięciem. Już zdał u mnie pierwsze egzaminy (dotyczące własnego zdania i stanowczości). Widzę, że bardzo kocha moją córkę, a i ona przy nim zrobiła się łagodniejsza jakaś. Wiem też, że i jego rodzice są zadowoleni z synowej i bardzo ją lubią. Jego matka powiedziała mi, że ich syn bardzo się zmienił na lepsze odkąd poznał moją córkę. I nikomu nie przeszkadza, że moja córka jest 3 lata starsza i że ma takie duże dziecko (o co się bałam).

Mieszkanie czteropokojowe też już kupili i do świąt mają się przeprowadzić (córka z wnuczką ze swojego mieszkania, a zięć ze swojego). Spłacać będą z wynajmu jego kawalerki. Poza tym oboje pracują i finansowo myślę, że też sobie poradzą.


Teraz jestem już spokojna. Moja córka jest w dobrych rękach.

Mikołaj

Dzisiaj świtem bladym koło 9.00 (ledwo przebudzona) spojrzałam na telefon i zobaczyłam, że dostałam jakiegoś sms-a. Okazało się, że to sms od Przyjaciółki, więc włożyłam okulary na oczy i zaczęłam czytać:

Co ty ku**a na mnie nagadałaś? Jak nie wiesz o co chodzi to się nie wpier**laj w nieswoje sprawy. Wiedziałam, że taka jesteś…

.

W tym momencie musiałam usiąść, bo mało nie zeszłam. Z nerwów chyba mi cała krew zeszła i ledwo się utrzymałam w pionie. Oczami wyobraźni już widziałam jakieś problemy, ploty, kłopoty. Pomyślałam, że ktoś mi narobił koło d**y i dobrze wiedział, gdzie uderzyć, żeby mnie najbardziej zabolało, bo jestem bezradna wobec intryg… Drżącymi rękoma nalałam sobie wody, napiłam się i zaczęłam czytać dalej:


Przychodzę do św.Mikołaja a on mi mówi, że ktoś mnie podkablował, że byłam niegrzeczna. Nowe wiaderko i łopatka poszły się jeb*ć. jedno tylko mnie cieszy że ty też go**o dostaniesz, bo też cię podje**łam, a tak to mogłyśmy się wymieniać zabawkami…

(ha, ha, ha, wysyłaj dalej i rób żarty ze znajomymi)


No faktycznie – pomyślałam – dzisiaj Mikołaja. A ja zupełnie nie skumałam żartu. Co się ze mną dzieje? Przemęczona jestem (na emeryturze ha, ha, ha) czy stara już okropnie…? Fakt, że zarobiona byłam (i jestem) okrutnie. Jeszcze nie wylazłam z zajęć zaplanowanych od kilku tygodni (jestem w stałym niedoczasie), a już zebrało mi się roboty znowu od poniedziałku.  Jestem zła, bo wszyscy wiszą nade mną i różne terminy mnie gonią, a ja marzę o tym, żeby choć trochę poczytać, pospać, po prostu odpocząć.

I cały dzień (dzisiaj przy skracaniu płaszcza zimowego sąsiadce) myślałam, jak wytłumaczyć mojej Przyjaciółce brak entuzjazmu i odzewu po tym sms-sie. No, bo moja reakcja była idiotyczna, a przecież ona chciała dobrze… Skąd mogła wiedzieć, że tak zareaguję?


Miałam zepsuty humor przez cały dzień, chociaż przecież i tak do mnie Mikołaj już od dawna nie przychodzi i żadnych prezentów nie przynosi. Myśli pewnie, że niegrzeczna jestem (ale rózgi też nie dostaję), a to zupełnie nieprawda. Ale widać grzecznym być też się nie opłaca…


Mikołajowe życzenia


Dobra – wypisałam się trochę. Kończę na dziś, bo teraz wymiana zamka w płaszczu zimowym córki na mnie czeka. Podobno ma być zima, to muszę się pospieszyć…