Podcięto mi skrzydła…

Nie pamiętam już tak trudnego okresu w moim życiu, jaki w tej chwili przechodzę.

Cały styczeń jest dla mnie bardzo ciężki i wszystko idzie jak po grudzie.

Mąż ma jeszcze pozostałości bólowe po swojej chorobie i chyba nie pomaga fakt, że udało mu się jakoś skończyć tę 80-tkę (szczęśliwie goście dopisali!).

 

 

Na dodatek odezwała mu się jego przepuklina pachwinowa, którą hodował przez lata, bo mu nie przeszkadzała… Od 2 tygodni zaczęła mu wybitnie przeszkadzać, bo boli i wyłazi taki balon… Od razu poszedł do lekarza i (oprócz środków przeciwbólowych i skierowania na usg) dostał skierowanie do szpitala na zabieg. Zeszłej soboty nawet spędziliśmy miły wieczór na SOR-ze, bo ból był większy, zaparcia i spuchło – mąż wciągał kroplówkę do żyły, ja liczyłam krople.

Niestety – do szpitala go nie przyjęto, bo (po usg) nie stwierdzono jeszcze zagrożenia życia. I polecono zapisać się na planowaną operację. Ma termin na 20 lutego… Z tym, że – gdyby bolało i jeszcze mocniej wywaliło – zgłosić się na SOR ponownie…

Przypominam, że ja mam termin na kolano na 7-go. Moja córka ma termin porodu jutro.

Super kumulacja!!!

Mąż nie może dźwigać – zresztą – chodzi obolały i łyka prochy, nie ma żadnej ochoty na jedzenie. Jest naprawdę uciążliwy.

Ja mam teraz za swoje – z tym moim bolącym kolankiem kuśtykam po zakupy, krzątam się po kuchni i coś tam nawet gotuję (ale bez przesady, bo kto to ma jeść?). I robię dobrą minę do tej gry… A dzisiaj nawet się sprężyliśmy i rozebraliśmy w końcu choinkę.

Wczoraj poszłam po rozum do głowy i zamówiłam trochę ciężkich rzeczy (mleko, wodę, soki)  z Tesco z dostawą do domu. Przeliczyłam mężowi, że nie przepłacimy i dał się przekonać. Wózek na zakupy jest w naszym przypadku bezużyteczny, bo trzeba go z zakupami wciągać do autobusu i potem po schodach.

Generalnie stary rok się skończył i nowy zaczął dla mnie w paskudnym stanie psychicznym.

Na pewno duży wpływ na ten mój stan miał także przykry dla mnie fakt, że musiałam mocno zrewidować swoje plany na przyszłość. Niby powinnam to przełknąć gładko, bo to już będzie przecież mój plan E, ale tym razem zostałam ostro zaskoczona – stąd mój żal i rozczarowanie. Jak to mówią: chcesz liczyć, to licz na siebie!

 

Wszystko mnie teraz wkurza, jestem przewrażliwiona z powodu natłoku informacji. Wyautowałam się (chyba tymczasowo, ale nie jestem pewna) z FB, czuję wstręt na samą myśl o wejściu na instagram…

Podejrzewam, że także tutaj przestanę bywać, bo drażni mnie aktualnie w zasadzie wszystko, co sprawia, że mam kontakt (jakikolwiek, nawet jednostronny, a może tym bardziej?) z innymi.

Mam dużo książek do przeczytania, mnóstwo filmów do obejrzenia – jakoś wytrwam. Byle do wiosny!

Nie mam czasu

Na pisanie. Tak to jakoś szybko mija – najpierw święta, potem nowy rok i już kolejny tydzień za nami.

Tuż po świętach pofatygowałam się do szpitala, gdzie byłam umówiona na dogadanie terminu operacji kolana. Bałam się, że to będzie zaraz po nowym roku, ale nie – termin wyznaczono mi na 7 lutego. Mam więc jeszcze miesiąc na pozałatwianie różnych spraw.

Żebym nie myślała, że będzie lekko – przez całe święta krwawiłam, więc udałam się do mojego gina. Myślałam, że to znowu przerost endometrium… Wybadał mnie dokumentnie, zabrał nawet do swojego szpitala na dokładne usg i stwierdził, że wszystko jest w doskonałym stanie. Pojęcia nie ma, skąd to krwawienie… Za to ustaliliśmy, że po mojej operacji na kolano, jak już będę mogła się jakoś poruszać – czyli koło kwietnia – zrobi mi ten zabieg na nietrzymanie moczu. No, niby też badania ubiegłoroczne wykazały, że tam jest wszystko super, ale problem pozostał i czasem (gdy kicham czy kaszlę) dokucza.

Dodatkowo w trakcie jedzenia noworocznej sałatki jarzynowej, ułamał mi się kawał zęba. Co prawda to 7 i to od tyłu, ale dość nieprzyjemnie, bo raniło w język, a i zapasy jedzenia się zbierały ;))) Pierwszy wolny termin u mojego pana doktora był w piątek, ale było miło i bezboleśnie (oczywiście nie dla kieszeni).

Aby atrakcji nie było dosyć, mój małżonek podłapał gdzieś paskudnego wirusa i ostro choruje. Dla mnie jest to o tyle uciążliwe, że nie dosyć, że muszę gotować, to jeszcze muszę robić zakupy. A chodzenie nie jest teraz moja najmocniejszą stroną.  No i ten facet w domu marudzący… to straszne…

Najśmieszniejsze jest to, że od dłuższego czasu planowałam mu na tę niedzielę niespodziankę. Mąż mój bowiem jutro kończy 80 lat. Zaproszeni byli na dzisiejsze popołudnie goście (w ramach tej niespodzianki) na tort i szampana. Tort zamówiony – trzeba było odebrać i wsadzić do zamrażarki, a goście zostali odwołani i mają przyjść za tydzień. Mam nadzieję, że do tego czasu mąż wydobrzeje.

Dzisiaj znajomi podali tylko dla niego piękny bukiet:

 

 

Zresztą moja córka też przeziębiona i żre nałogowo czosnek, bo nic innego nie może zrobić. Za 18 dni ma termin porodu i mam nadzieję, że urodzi zanim ja pójdę na operację. Może zdążę jeszcze ponosić chociaż trochę Marysię. Córka się już bardzo niecierpliwi, ale mówi, że jeszcze wstrzymuje ją trwający od listopada remont w domu… Jak tylko skończą, to jedzie na porodówkę i już!

Zgodnie z daną sobie obietnicą, uzupełniłam i prowadzę na bieżąco bloga kartkowego. Wybrałam też (jak co roku) 100 najpiękniejszych zdjęć z roku, dałam je do zrobienia i chronologicznie powkładałam do albumu. Zabrałam się też za pisanie ciągu dalszego swoich wspomnień, chociaż muszę przyznać, że idzie mi to jak po grudzie. Chciałabym jednak to kontynuować, żeby coś po mnie zostało kiedyś… Poza tym to świetne działanie terapeutyczne – no i poniekąd podsumowanie przeszłości. Dobrze mi idzie to pisanie wtedy, gdy nie muszę się od tego odrywać. Niestety – tak się nie da, a potem zabrać się znowu trudno…

Jeszcze nie odwołali świąt?

Ha! Ale wydaje mi się, że w końcu w przyszłym roku odwołają. Mój Pan Mąż w końcu chyba dojrzał do tego, żeby ten piękny, świąteczny czas spędzać gdzieś na wyjeździe. Chyba też już go zmęczyło to szykowanie, kupowanie itd. Tak, że w przyszłym roku będę łapać okazję na jakiś wyjazd świąteczno-noworoczny – może na jakiejś egzotycznej plaży?

A tymczasem u nas przygotowania zupełnie lajtowe. Już dawno temu zrobiłam uszka i pierogi – czekają w zamrażarce. Mam gotową zamrożoną grzybową i barszcz. Upiekłam pierniczki (które dzielnie lukrowała ze mną moja druga wnuczka Jula), ciasteczka owsiane i kruche. Mąż zrobił bigos, śledzie, a w sobotę pewnie kupi i sprawi karpie. Mnie zostały tylko kluski do maku – nakroję jutro, a w sobotę upiekę sernik i keks. Jeszcze tylko sałatka jarzynowa i tyle będzie roboty.

 

Jeżeli chodzi o porządki, to się nie wysilaliśmy zwłaszcza, że ostatni tydzień byliśmy przeziębieni, a zdrowie ważniejsze od czystej chałupy…

Znowu namiętnie czytamy. Wypożyczyliśmy z biblioteki wszystko Mankella i zagłębiamy się w śledztwa z komisarzem Wallanderem. Uwielbiam tego bohatera! Wszystko się świetnie czyta, chociaż trochę za szybko… zostały mi jeszcze tylko 3 tomy…

Wybrałam się też do kolejnego w moim życiu ortopedy. Zgodnie z zasadą, że – jak pójdziesz do dobrego lekarza i dalej boli, to idź do jeszcze lepszego. Zapłaciłam za wizytę 200 zł, ale za to bez wysilania się mam zaplanowany początek przyszłego roku. I pewnie jego dalszą część także. Doktor obejrzał moje aktualne zdjęcia kolanka, kazał mi się wypisać z kolejki oczekujących na wymianę stawu kolanowego i przyjść do niego, do szpitala zaraz po świętach, gdyż wyznaczy mi termin zabiegu, który brzmi tajemniczo: UKR. Uważa on – ten doktor – że jest w stanie tą metodą jeszcze naprawić mi kolano przynajmniej na dobrych parę lat. W końcu i tak czeka mnie kiedyś wymiana, ale na razie… po co mam cierpieć… Nawet nie zaordynował mi żadnych zastrzyków, żeby nie paprać tam w środku przed zabiegiem, a z czego właśnie wnoszę, że zamierza się za to zabrać niebawem… Oczywiście – nie byłabym sobą, gdybym od razu nie sprawdziła, na czym polega to UKR. I jestem bardzo za!

A doktor sympatyczny bardzo i nawet nie czepiał się mojego brzuszka… Może dlatego, że sam miał swojego trochę za wiele?

Ten rok zaczął się zabiegiem na kolanko w jednym szpitalu, a następny zacznie się znowu zabiegiem na to samo kolanko w innym szpitalu. I potem znowu rekonwalescencja… To zaczyna być nudne… ;)))  A przecież za 5 tygodni mamy powitać moją kolejną wnuczkę Marysię! Babcia będzie lulać dziecko tylko na siedząco? Tak chyba wypadnie.

A – i narkotyzuję się ostatnio namiętnie czymś takim:

Nie wiedziałam, że lubię tego rodzaju muzę. A nawet bardzo lubię.

Doigrałam się



Dzisiaj byłam na badaniu urodynamicznym i przy okazji mocno oberwałam po uszach. Chociaż mało się poczuwałam do winy przecież…


Bo czy – jak młoda dziewczyna nie biega ciągle po kibelkach – nie podziwia się jej, że ma “dobre zawory”? Mnie zawsze podziwiano, że potrafię i pół dnia wytrzymać (miałam takie koleżanki, które na wycieczce wiedziały, bo odwiedzały, gdzie są kibelki publiczne po drodze, a ja przed wyjściem z hotelu i potem po powrocie… zresztą zawsze brzydziłam się publicznych wc-tów…


Żeglowałam dużo w młodości i to przeważnie z chłopakami, a to – wiadomo – oni za fokiem na stojąco za burtę, a ja, jedyna kobieta, jak tu wypiąć goły tyłek? A jacht mały, bez wc – trzeba było donosić od portu do portu, albo chociaż od brzegu do brzegu (krzaki)…

 

sikanie na stojąco takze dla kobiet

Potem mój wyćwiczony pęcherz przydał się w pracy, w której nie mogłam sobie pozwolić na opuszczanie stanowiska przez całe godziny.

I nikt mi nigdy nie powiedział, że to niedobrze, że to szkodzi. Nikt!


Okazało się przy tym badaniu, że mam bardzo rozciągnięty pęcherz, prawie dwa razy bardziej niż normalnie. To powoduje moje problemy z nietrzymaniem moczu w czasie kaszlu czy kichania.


Poza tym muszę najpierw zrobić porządek z tą przepukliną, bo najpierw ona, a potem ewentualnie operacja wszycia taśm (na nietrzymanie moczu) jeżeli nie uda się zmniejszyć tego pęcherza. Bo to wszystko wiąże się ze sobą, wszystko znajduje się w obrębie jamy brzusznej i przesunięcie jednego powoduje uciskanie lub nie drugiego narządu.

Na razie mam zalecone częstsze korzystanie z wc (co 2 – 2,5 godziny) nawet, gdy nie będę czuła potrzeby, aby docelowo obkurczyć nieco pęcherz. Pani doktor powiedziała, że – jeżeli to mi się uda do wiosny przyszłego roku – operacja może nawet nie być potrzebna.


Dźwiganie jest szkodliwe

A oberwałam po uszach, bo kobieta nie powinna absolutnie dźwigać!!!

To od dźwigania obniżają się wszelkie kobiece narządy, wyłażą przepukliny i robią się brodawki na nosie (ha, ha – to żart!). Panie położna i doktor stwierdziły, że kobiety za młodu nie zdają sobie sprawy z tego, że wtedy udają mocarne bohaterki, a potem, na starość, cierpią, bo muszą się naprawiać. Te sławne 3 kg dla ciężarnych powinno obejmować kobiety w każdym stanie, nie tylko błogosławionym.

To nie można mi było tego wyłożyć łopatologicznie 50 lat temu?! Ile ja się nadźwigałam worów 50 kg, poprzesuwałam mebli…, pracowałam ponad siły i jeszcze jaka dumna byłam z siebie, że taka dzielna jestem i niczyjej pomocy nie potrzebuję!

A teraz cierpię.

By to trafił!



Szlag – oczywiście! To jest tak, jak dzisiaj rozmawiałam przez telefon z Przyjaciółką: kiedyś rozmawiałyśmy godzinami o pierdołach – o facetach, o ciuchach, o seksie… Dzisiaj też gadamy godzinami – ale, albo o problemach z dorosłymi naszymi dziećmi, albo o naszych chorobach i beznadziei naszej służby zdrowia. To obrzydliwe, ale tak jest – niestety…


Wczoraj w końcu wybrałam się do gina – zwyobracał mnie na wszystkie strony, pobrał co mógł, prześwietlił usg, powygniatał piersi… no, normalne badanie, jak zawsze.

Ponieważ nie bardzo chciałam wyjść z gabinetu, zapytał czego mi jeszcze do szczęścia potrzeba. Powiedziałam, że właściwie to głównie przyszłam po skierowanie na badanie urodynamiczne, coby mnie dalej skierowano na operację. Stwierdził, że na jego oko nie powinnam mieć z tym (znaczy z nietrzymaniem moczu), bo mam dość prężne mięśnie tu i tam (ha, ha), ale skoro twierdzę, że mam z tym problem…

Wypisał skierowanie do poradni przyszpitalnej (gdzie także pracuje), powiedział że w razie problemów mam do niego dzwonić, wydrukował paragon, zainkasował 200 zł i pojechałam do domu. Jutro się wybieram do tej poradni, żeby się grzecznie zarejestrować na termin.

Mam nadzieję, że protekcyjnie dość szybko dostanę się na to badanie i szybko mnie zakwalifikują do zabiegu, bo przecież na październik mamy zabukowane wczasy i muszę być sprawna, zwarta i gotowa. A jakiś okres rekonwalescencji jednak mnie czeka…

wysyp śnieżników pod balkonem

Piękna pogoda ostatnio. Zebrałam się też z tej okazji i wysprzątałam balkon. Zlikwidowałam już moje wszelkie uprawy, nie będę się już w to bawiła. Powywalałam te wszystkie doniczunie i skrzynie. Zostały tylko długie skrzynki na kwiaty. Teraz balkon to będzie jedynie miejsce wypoczynku. Już się narobiłam.

Rozłożyłam leżak i ległam na słońcu. Gdy się z niego podnosiłam zauważyłam, że na brzuchu, pośrodku nad pępkiem, zrobiła mi się taka gula wielkości pięści (w czasie wysiłku). Oczywiście pognałam od razu do kompa i do dr Googla. No i doszukałam się! Prawdopodobnie mam przepuklinę kresy białej, choć o takim cudzie słyszę po raz pierwszy! Robi mi się coś takiego dokładnie, jak na rycinie na drugim obrazku. Już dawno tak nie klęłam… Na to tylko operacja…


Oczywiście pójdę do lekarza pierwszego kontaktu, dostanę skierowanie do chirurga, a ten pewnie mnie skieruje na operację. Mam tylko nadzieję, że ta operacja to już po wczasach, w listopadzie – no bo przecież długo się czeka… No i mam nadzieję, że z tą przepukliną do tej operacji dożyję… No bo i czarne myśli mam… Może jakiś pas załatwi na razie sprawę… Tak się nakręcam, no ale to przecież nie jest normalne i widoczne gołym okiem. Tylko – całe szczęście – nic tam mnie nie boli.

 

krokusy na błoniach


Ból kolana przy tych wszystkich atrakcjach to mały pikuś – da się z tym żyć i taki ból można oswoić. Wraz z pogodą wiosenna zaordynowałam w domu spacery – codziennie po południu, po obiedzie wychodzimy z mężem do parku. Trochę chodzenia, trochę siedzenia na ławeczkach i tak jakoś idzie.

Muszę jeszcze trochę ćwiczyć nogę (tę z bolącym kolanem), żeby wzmacniać mięśnie, ale to już gorzej mi wychodzi. Takie głupie ćwiczenia, faktycznie izometryczne – wydaje się człowiekowi, jakby nic nie robił i nic się nie działo…


emu z naszego parku

Poza tym czytam, trochę szyję, trochę porządkuję. Takie normalne życie emerytki…

Wymęczył mnie ten marzec



Dawno już tak nie chorowałam. I to nawet nie chodzi o to, że tak bardzo, jak o to, że tak bardzo przewlekle. Mimo leczenia antybiotykiem i innymi specyfikami – kaszlę nadal. Po drodze jeszcze zaraziłam męża (także brał antybiotyki, bo już mu wlazło na oskrzela), który także jeszcze pokasłuje. Byliśmy dzisiaj u kontroli i podobno już wychodzimy na prostą. Mam nadzieję, że do świąt nam odpuści.

Zwłaszcza bardzo uciążliwy był dla mnie ostry kaszel, bo okazało się, że jednak muszę odwiedzić ginekologa. Nie mojego, bo dla mojego kobieta 63-letnia, po czterech porodach siłami natury, ma prawo popuszczać w czasie kaszlu. Dla niego to normalne. Ale dla mnie nie! Moja rodzinna poradziła mi zmienić lekarza i tak właśnie zrobię. Jak już się wykaszlę, to pójdę do takiego, który robi badanie urodynamiczne i skieruje na zabieg. Moja Przyjaciółka bardzo sobie ten zabieg chwali i twierdzi, że teraz już może bezkarnie kichać i kasłać – pęcherz nie robi jej żadnych niespodzianek

Zapisałam się także na kontrolę implantów po 5 miesiącach od wstawienia. Poprosiłam także o zarezerwowanie dla mnie czasu na sprawdzenie reszty uzębienia także i ewentualne założenie plomby, bo wyczuwałam, że chyba mi się zrobił jakiś mały ubytek w głębi. Zrobiłam to chyba w złą godzinę, bo za parę minut ukruszyło mi się prawie pół tego zęba… To nie będzie uzupełnienie małego ubytku…

Byłam też (z polecenia mojego ortopedy) na 3 zastrzykach w kolanko. Nie zauważyłam, żeby pomogły. Podobnie jak 2 lata temu miałam zaaplikowane 2 inne i też nie zauważyłam żadnej poprawy… Wtedy 1200, a teraz 500 zł jak kozie w doopę… Jeszcze tydzień temu poruszałam się tylko o jednej kuli, aby odciążyć to kolano. Od tygodnia już próbuję pomykać bez kuli, bo też nie chcę się za bardzo przyzwyczajać (przecież nie polecę na wczasy w październiku z kulą!!!). No i co? Krótkie dystanse, czyli 500-800 metrów jakoś przejdę, ale dalej…

Wczoraj córka z zięciem zabrali nas i rodziców zięcia do teatru. Od autobusu ledwo dokuśtykałam (potem mnóstwo schodów) 900 metrów, potem z powrotem i ledwo to przeżyłam. Dobrze, że zrobiliśmy po teatrze przerwę na grzane wino w knajpie…Dzisiaj do lekarza już wzięłam kulę i też ledwo szłam. Nie jest dobrze…

Oczywiście – mam w planach zastrzyki przeciwbólowe przed wyjazdem, ale co to za życie?

Podobno za tydzień z kawałkiem święta. A za oknem śnieg. Podobno u nas kwitły już niektóre drzewa owocowe i wszystko ściął mróz – znowu szykuje się nieurodzaj owoców. Przyroda zwariowała. Ciepło w święta grudniowe, śnieg i mróz w wielkanoc. Nie ma już (jak kiedyś) normalnego przedwiośnia, wiosny. Pewnie zaraz po mroźnych świętach zrobi się lato… Wszystko jest nie tak…

pierwszy dzień wiosny 2018

 

Oczywiście u mnie nie ma mowy o żadnych porządkach. Kurujemy się i nie mam zamiaru poświęcać zdrowia dla czystych okien czy kątów w domu. Mam to w doopie. Jak będzie ciepło i będę zdrowa to wszystko ogarnę (mam nadzieję).

A z soboty na niedzielę zmiana czasu na letni.


zmiana czasu


Będę marudzić



Już dawno nie narzekałam, więc dzisiaj to (z pewną przykrością) zrobię. Nie jestem taką osobą, która by się skarżyła na swój los, ale – przyznam – czasem przydałby mi się taki rękaw do wypłakania i wysmarkania.  Mąż się zupełnie do tego nie nadaje, bo on ma taki charakter, że stale zadowolony (przecież najważniejsze to mieć ciepło, mieć co jeść i być zdrowym – a to ma) i nie rozumie użalania się nad sobą. Wszelkie przyjazne dusze daleko, a przez telefon to nie jest to…, bo i przytulić do życzliwej osoby by się przydało, i jakieś głaski byłyby potrzebne… I tak człowiek ze swoimi żalami zostaje sam jak palec.


pomocne ramię


A czasami to już naprawdę brakuje mi do siebie cierpliwości. Bo chodzę ostatnio taka jakaś rozmemłana (psychicznie, nie fizycznie), jak mnie jedno przestanie boleć, to zaczyna drugie, nie mogę się z tym pogodzić. W lustro staram się nie patrzeć, ale zmarchy coraz głębsze (zwłaszcza te lwie) i naprawdę nadają mojej twarzy coraz groźniejszy, parszywy wygląd. Do tego te włoski wyrastające w nieraz bardzo zaskakujących miejscach…

Skóra (na całym ciele) wysusza się okropnie i nie pomagają tony balsamów nawilżających i kremów. Włosy zawsze miałam liche, ale teraz to już przeszły same siebie! Dobrze, że jakiś czas temu zdecydowałam się na tę krótką fryzurkę, bo inaczej załamałabym się zupełnie… Wczoraj zaszalałam i w przypływie rozpaczy potraktowałam je niebieskim szamponem – teraz wyglądają przynajmniej oryginalnie ;)))

Trochę radości daje mi też patrzenie na moje pazury, co 5 tygodni systematycznie odnawiane przez moja panią manikiurzystkę. Tym razem poprosiłam o jasne i radosne kolory, do rozpędzenia tego mroku, który mam w środku. Aktualnie mam takie:


pazury luty 2018

Przejście o jednej kuli (dla bezpieczeństwa i odciążenia lewego kolanka) 300 m w jedną stronę zajęło mi 15 minut i kosztowało dużo siły. Nie da się ukryć, że kolano mnie boli i to bardziej niż przed artroskopią. Może i powinnam wychodzić z domu i ćwiczyć to chodzenie, ale teraz? w zimie??? I tak, bez żadnej kondycji, męczę się okrutnie.

Do tego boli mnie lewy nadgarstek, a także w środku dłoni, na wysokości linii życia, tak jakbym miała tam wybite. Niemożliwe, żeby od kuli, bo chodzę o kuli bardzo mało, tyle co na zewnątrz. W domu poruszam się bez. A ręka boli bardzo. Cieśń nadgarstka podejrzewałabym, gdyby to była prawa, ale lewa? od czego???

Wypadałoby zrobić sobie znowu zdjęcie i znowu zarejestrować się do… ortopedy. Ale nie mam siły. I tak muszę w przyszłym tygodniu iść do niego na zastrzyk z kwasu do tego kolana. Ale na dłoń musiałabym się zarejestrować osobno, na niewiadomokiedy, oczywiście po uprzednim uzyskaniu skierowania od rodzinnej. To ja na razie podziękuję. Może rozpędzę ból moimi cudownymi chińskimi plastrami…


A propos ćwiczeń: koleżanka moja, 9 lat młodsza, bardzo szczupła i bardzo (wg mnie przesadnie nawet) dbająca o siebie zaczęła chodzić na ćwiczenia. Dzisiaj zadzwoniłam do niej, a ona ledwo żyje. Siadł jej kręgosłup w czasie tych ćwiczeń, nie może siedzieć ani leżeć, może tylko chodzić. Bierze jakieś zastrzyki w kręgosłup, ale pracuje, bo w pracy jest niezastąpiona (no i przecież może chodzić). Tak – trudno się pogodzić z tym, że jesteśmy coraz starsze. I nawet dobra figura tu nie pomoże. Organizm się zużywa i ma w nosie, czy ćwiczymy czy nie. Myślę, że najwięcej zależy od genów. Ludzie nieraz odżywiają się niezdrowo, piją, palą i dożywają setki… Nie ma reguły…


Myślę, że na mój minorowy nastrój ma także moja rozmowa z inną koleżanką (zresztą z tego samego miasteczka, co poprzednia) sprzed kilku dni. Koleżanka (młodsza o rok) wyznała mi, że się nie odzywała, bo ma raka złośliwego. Niby coś tam jej wycięli i jest już po pierwszej porcji chemii, ale co będzie? Całymi latami wydawało jej się, że ma coś z wątrobą, brała leki. Poza tym wyniki miała wszystkie super, a ta wątroba ciągle bolała. Jak  zrobili jej w końcu usg, to od razu ją położyli do szpitala i okazało się, że rak i to nie wątroby, a raczej pęcherzyka żółciowego. Najlepsze jest to, że wyniki ma nadal super!

Rozmowa nasza nie była raczej wesoła, chociaż koleżanka jest bardzo pozytywną osobą i myśli bardzo optymistycznie. Jednak uświadomiło nam to, jak kruche jest życie i jak to nigdy nie wiadomo kogo z tej półeczki weźmie…


A tak poza tym, to kaszel mi już przeszedł. Dał mi do wiwatu strasznie, ale udało się go poskromić. Ciekawe, co przyniosę do domu w przyszłym tygodniu z kolejki do ortopedy znowu…


Jutro idziemy (z okazji walentynek) z mężem, córką i zięciem na występ Halamy – może to mnie trochę rozbawi. Czego sobie serdecznie życzę.


Halama - jak ja go rozumiem

Nie do naprawienia

Rano w niedzielę stawiłam się karnie w szpitalu. Przeprowadzili ze mną wszelkie wywiady, założono wenflon, pobrano krew. Przydzielono salę (czteroosobowa, ale była pusta) i pozwolono wybrać łóżko (wybrałam najlepsze z pilotem). Miałam książkę do przeczytania, to się za to zabrałam, a w tym czasie zaczęła się dokwaterowywać reszta pacjentek. Jeszcze jedna była też na artroskopię kolana, druga na haluksa, a trzecia miała coś z ramieniem.

w szpitalu

W poniedziałek rano obchód, my na czczo i od razu jedna pacjentka (ta od barku) z płaczem została odesłana do domu, bo miała na ustach opryszczkę. To bardzo ważne, żeby do szpitala (zwłaszcza na zabiegi) nie przychodzić z wyraźnymi objawami obniżonej odporności organizmu. Lekarz wytłumaczył, że bardzo z tym uważają, bo potem pacjent się dziwi, gdy dochodzi do sepsy.  A tymczasem jest tak, że każda infekcja bakteryjna, wirusowa lub grzybicza mobilizuje układ odpornościowy do walki. Czasem jednak zdarza się tak, że bariera odpornościowa jest osłabiona lub zostaje przełamana i dochodzi do zakażenia uogólnionego, czyli właśnie sepsy.

Broniłam się bardzo przed znieczuleniem zewnatrzoponowym (w kręgosłup) po pierwsze dlatego, że zawsze miałam narkozę ogólną i bardzo sobie chwaliłam – spałam i nic nie wiedziałam, po drugie dlatego, że naczytałam się o różnych powikłaniach po “nieudanych” wkłuciach, a po trzecie dlatego, że nie chciałam właśnie cokolwiek słyszeć nawet podczas zabiegu. Niestety – pan anestezjolog nie dał się przekonać…

Okazało się, że nie taki diabeł straszny (jeżeli wszystko pójdzie pomyślnie ;))) Dostałam także jakąś tableteczkę na lekceważenie bodźców zewnętrznych ;))) Kłucia w kręgosłup prawie nie poczułam. Leżałam sobie prawie godzinkę i czułam jak doktor stuka, puka, szarpie tym moim nieszczęsnym kolanem. Mogłam to nawet obserwować na monitorze, ale przezornie zasłoniłam go zieloną kotarką…

Co dziwne, mogłam nawet ruszać prawą stopą, choć niczego nie czułam. Do tego stopnia niczego nie czułam, że w sali już po zabiegu, normalnie zmoczyłam pościel, co mnie niesamowicie zdziwiło. Dobrze, że pielęgniarki nie…

Panie obok dostawały jakieś środki przeciwbólowe w kroplówkach i narzekały na ból, a mnie kompletnie nic nie bolało. Może tylko kręgosłup, ale to od stałego leżenia na wznak. Bo leżeć trzeba było tak cały czas od zabiegu, aż do następnego dnia do zdjęcia drenów.

Pierwszy raz także zatem musiałam skorzystać z basenu, co nie było łatwe. Pęcherz już mi prawie pękał z bólu, ja na basenie – i nic! W końcu, gdy pielęgniarka puściła mi wodę w kranie i zagroziła cewnikowaniem, powoli, baaardzo powoli i z trudem poszło!

Myślałam, że to już koniec tych atrakcji, ale najlepsze było jednak wyciąganie drenów. To miała być akcja błysk, a mnie w czasie tej akcji zrobiło się słabo. Opuścili mi górę łóżka w dół, a nogi w górę. Otworzyli okno i drzwi, a ja cała mokra od potu i nadal odlatuję… Słyszę tylko wołanie lekarza, czuję wpinanie kroplówki i zakładanie rękawa od monitoringu ciśnienia, które spadło mi niemożliwie. Jednak za chwilę już wszystko wróciło do normy… Podobno nic takiego im się nigdy nie zdarzyło, żeby przy wyciąganiu drenu pacjentka chciała zejść…

staw kolanowy zdrowy i chory


Ale nic to – przeżyłam. A na koniec przyszedł mój doktor od kolana i powiedział, że moje kolano jest nie do naprawienia! Podobno połowy po prostu nie mam (cokolwiek to znaczy). I jak przyjdę do niego do kontroli za dwa tygodnie, to on mi od razu wypisze skierowanie na endoprotezoplastykę stawu kolanowego. A ponieważ czas oczekiwania na ten zabieg u nas to ok. 5 lat, więc do tego czasu będzie mnie wspomagał zastrzykami z kwasu hialuronowego (w cenie 150-400 zł jeden).


Teraz mam dwa tygodnie chodzenia po domu o dwóch kulach, rozpiskę gimnastyki kolanka (trochę boli w trakcie), zastrzyki przeciwzakrzepowe w brzuch (robi mąż, bo ma wprawę) i zmianę opatrunków.


rany po artroskopii


I to tyle atrakcji na początek tego roku.

Znowu się zaczyna!

Już miałam napisać, że pewnie ten rok w końcu nas przywita spokojem, bo przecież nic nie może się równać z zwariowanym tempem poprzedniego. I nawet nie jest ważny fakt, że wydarzenia ubiegłego roku były pozytywne. Taka jazda może wykończyć każdego – nie tylko stateczną emerytkę. ;)))


Zamierzałam tylko w przyszłym tygodniu umówić się do fryzjera (podciąć te moje marne kłaczki) i na pazury (urosły jak głupie!). Ale znajomi umówili się na kawę u nas w sobotę i pomyślałam, że pewnie znowu długo się nie będziemy widzieć, to może już zrobię te włosy i paznokcie przed sobotą… umówiłam się więc z moja fryzjerką i maniciurzystką na jutro.  I Przyjaciółka ma także przyjechać w sobotę i nas odwiedzić… To pomyślałam też, że mąż ma urodziny w niedzielę, to może upieczemy kilka pieczeni za jednym razem i zrobimy urodziny mężowi mojemu przy okazji tego spędu koleżeńskiego? To i zapytałam córkę, czy mogłaby przyjść z zięciem w sobotę (zamiast zwykłej wizyty w niedzielę)…

Już się przymierzałam nawet do zrobienia torcika na te urodziny, bo dawno nie robiłam, a tu taka okazja, a ja takie rzeczy robić bardzo lubię…


79 urodziny


A tu telefon!

Pan mój doktor ortopeda zorganizował mi  niedzielę, poniedziałek i wtorek. A zdezorganizował pozostałe dni po wtorku. Mam w niedzielę rano zgłosić się do szpitala na artroskopię kolanka ze skierowaniem na operację, dowodem osobistym, zażywanymi codziennie lekami, piżamką i dwiema kulami łokciowymi. Operacja będzie w poniedziałek, a we wtorek (jak będzie wszystko grało) wypuszczą mnie do domu o tych dwóch kulach. Co i jak będzie dalej – nie wiem.

Niby wiedziałam, że jestem zapisana od sierpnia na tę operację, ale – mimo wszystko – zaskoczona zostałam bardzo. I już się denerwuję.

Swoją drogą – jak to się wszystko poukładało – z tymi gośćmi, fryzjerem, pazurami. Tylko na pieczenie nie mam już jakoś ochoty – kupię coś po drodze, gdy pojedziemy w piątek do Spondylusa kupić te kule.

No i fajnie, że będzie w sobotę dużo ludzi w domu – nie będzie czasu i możliwości denerwować się i myśleć o tym szpitalu.

No i znowu niepotrzebnie pooglądałam, jak to będzie wyglądało… Już teraz mi niedobrze…

Streszczenie miesiąca

Żyję, żyję. Nawet dość intensywnie żyję i nawet nie mam czasu ani ochoty siedzieć w blogach. A tym bardziej pisać…

Będzie teraz w bardzo wielkim skrócie:

Byłam u ortopedy z moim kolankiem. Spojrzał na rtg, zagwizdał i powiedział, że jest baaardzo źle. Kolano do wymiany (jakbym nie wiedziała!). Terminy pięcioletnie! :))) Jednak na razie zrobi mi artroskopię (coś mi tam spiłuje, żeby nie urażało przy chodzeniu) i proponuje termin jutrzejszy, bo mu się zwolniło miejsce.

Niestety – uświadomiłam mu, że wyjeżdżam pod koniec września na dwa tygodnie i teraz żadne zabiegi są niemożliwe. Polecił mi zatem zapisać się na zabieg w szpitalu (co szybko zrobiłam) i będę na niego czekała prawdopodobnie do stycznia. Ok. Pewnie po rekonwalescencji da mi skierowanie do sanatorium, czyli już mam plany wyjazdowe na wiosnę przyszłego roku. :))) Doraźnie dostałam wtedy pierwszy zastrzyk przeciwbólowy w kolanko, a przedwczoraj drugi. Nie wiem, czy pomaga. Wspomagam się także plastrami chińskimi przeciwbólowymi (kupionymi na Aliexpress), które pomagają na pewno.

Skończył mi się termin umowy w mojej kablówce. Wypowiedziałam więc ją i znalazłam inną opcję dwa razy tańszą (płaciłam dotychczas 199 zł) za te same usługi. I co zrobiła moja kablówka? Nasłała na mnie pana, który zaproponował mi zmniejszenie opłat o 10 złotych!!! Wyśmiałam go (dosłownie) i pan potem wydzwaniał do mnie nieustannie. Zbijał cenę i zbijał, aż mu powiedziałam dobitnie, że nie mogę płacić więcej niż 100. Doszliśmy w końcu do kompromisu i płacę za to samo, czyli max programów, szybki internet i wszelkie bezpłatne rozmowy na świat, 112 zł. Jest to znaczna różnica w końcu. I co – dało się?

Termin umowy na telefon też mi się kończył. Mam więc teraz nowego smartfonka Huawei P10 lite. Śliczna niebieska zabaweczka, z dużym ekranem, z odblokowywaniem odciskiem palca, a co najważniejsze – z bardzo dużą pojemnością, mieszczącą bez problemu moje „tysiące” apek!!!

Syn przyjechał na parę dni z synową i prawdopodobnie sfinalizuje sprzedaż mieszkania. Nawet trafił się kupiec z gotówką. W końcu pewnie uda mu się „rozwieść” z byłą, bo spłaci całkowicie kredyt frankowy i podzielą resztę. O niechlubnej przeszłości z byłą przypominać mu będzie już tylko córka…

Byłam także kilka razy z najstarszą wnuczką u lekarzy, także specjalistów. Wychodzi na to, że co prawda ciągle atakuje ją zapalenie zatok i swędzi głowa (nie, nie ma insektów), ale zasadniczo nic jej nie jest. To ciekawe. A badania odbyły się ekspresowo i na odpierdol. Nie rozumiem niektórych lekarzy…

Zaliczyliśmy też kilka imprez imieninowych, w tym także mojego męża, czego się nie spodziewałam, bo zasadniczo już tego rodzaju imprez nie robimy i od dawna takźe nie byliśmy nigdzie zapraszani. Ale było bardzo sympatycznie.

Szykuje nam się także impreza w grudniu. Córka z chłopakiem są już po zaręczynach i jest już wyznaczony termin ślubu. W związku z tym będą szukać większego mieszkania (na razie do wynajęcia), a na jego kawalerkę mają już wynajmującego. Wszyscy jesteśmy bardzo przejęci i bardzo się cieszymy. Ślub będzie bez wesela, z czego także się bardzo cieszymy (bo nie lubimy). Po kościele goście zostali zaproszeni na obiad do fajnej restauracji i tyle. A wszyscy młodzi sobie wieczorkiem pójdą do klubu na tańce.

A teraz szykujemy się do wyjazdu na zasłużony urlop. Zrobiłam sobie znowu paznokcie (robię teraz co 5 tygodni). Rosną mi jak szalone! Tak samo systematycznie biegam do fryzjera, bo włosy też dostały rozpędu. A do krótkiej fryzurki się przyzwyczaiłam i bardzo ją lubię.

Jedziemy na wczasy z moją przyjaciółką (z czego się strasznie cieszę) i wracamy 8 października. Będzie się działo!!!