Tłusta niedziela

Żle się czuję. I nie wiem, czy mam takie niezwyczajnie niskie ciśnienie, bo się źle czuję, czy źle się czuję, bo mam takie niskie ciśnienie.

Ma na to też pewnie wpływ to, że źle śpię. Trudno mi zasnąć, a jak rano się obudzę, to już nie ma mowy, żebym – tak jak wcześniej – przekręciła się na drugi bok i spała dalej. Tutaj akurat znam powód, bo sprawa z WP (wstrętnym pasożytem czyli moją jeszcze siostrą) oczywiście nie ma końca. Kręci i ona, i jej prawniczka tak, że prawdopodobnie (a właściwie na pewno) nie ma szansy, żeby się wyrobić ze sprzedażą mieszkania do czwartku. To termin, w którym kupujący mieli przedstawić umowę kupna/sprzedaży w banku. Posunęłam się nawet do tego, że zadzwoniłam w piątek do biura nieruchomości, które przeprowadzać ma tę transakcję i poprosiłam szefa tego biura o porozumienie się z WP, bo może ta jej prawniczka kręci jakieś osobne lody i nie informuje WP o moich posunięciach. Opowiedziałam mu o warunkach ugody, której podpisania z jej strony nie mogę się doczekać. Facet powiedział, że do niej zadzwoni, ale rezultatów tej mojej rozmowy nie ma do dziś.

Nie dziwne jest więc, że sprawa spędza mi sen z powiek. Usiadłam i od nowa policzyłam skład masy spadkowej – teraz nie pomijając niczego, bez żadnych sentymentów. Wyszło mi, że WP będzie miała (po założeniu sprawy sądowej) mi do spłacenia więcej o 40 tys. + wszystkie opłaty sądowe, zapłaty dla rzeczoznawców, opłacenie mojego adwokata itp.  Jak nie chce polubownie zapłacić minimum tego, ile żądałam, to zapłaci wszystko i nie będę się oglądała na nic. Fakt, że trochę to potrwa i będę musiała ponieść trochę kosztów i zachodu, ale mnie się nigdzie nie spieszy i pilnie nie potrzebuję tej kasy. A ona naprawdę pożałuje, że jest taka pazerna i wydaje jej się, że mnie wyroluje.

Poza tym w niedzielę była moja Przyjaciółka i wybraliśmy się w trójkę (z moim mężem jeszcze) do kina na „Sztukę kochania”. Ja kupowałam bilety przez internet na seans o o godzinie 19.00 i wszystko było cudnie do momentu, w którym znaleźliśmy się w kinie. Przed wejściem na salę okazało się, że kupiłam bilety na ten sam seans, do kina o tej samej nazwie, ale położonego w drugim końcu miasta (dobrze, że nie w innym mieście!)! Szybko następna taksówka (było wesoło) i do kina właściwego! Doszliśmy do wniosku, że zdążymy na film, bo przecież te reklamy na początku nie mają końca… I rzeczywiście: bileter już czekał tylko na nas przed wejściem do kina, siedliśmy i za 10 minut (dopiero!) zaczął się film.

Film był fajny (właściwie powinnam napisać interesujący), ale do teraz nie mogę się pozbyć wizji ruszających się białych pośladków Piotra Adamczyka (nie lubię tego aktora!). Nic to – może mi przejdzie… ;))) Co ciekawe – pośladki Eryka Lubosa mi tak nie przeszkadzały…

scena łóżkowa

Na cześć wizyty mojej Przyjaciółki usmażyłam też faworki, bo – co prawda – tłusty czwartek w przyszłym tygodniu, ale my zrobiliśmy już sobie tłusty czwartek półtora tygodnia wcześniej!