Jak to z moim mieszkaniem było

Widzę, że muszę dopowiedzieć historię mojego byłego mieszkania, bo w komentarze wkradają się fałszywe wnioski.

Gdy jeszcze byłam żoną mojego byłego (ale już nie szczęśliwą), w moim zakładzie pracy (budowlanka) zawiązała się grupka osób, chcących założyć spółdzielnię mieszkaniową i wybudować mieszkania. Wszystko było robione czynem społecznym, dopóki ogrom papierów wszystkich nie przytłoczył. Zaczęły się też zwolnienia w naszej pracy i ja wyleciałam w pierwszym rzucie. Wtedy też dostałam etat administracyjny w naszej spółdzielni (potem awansowałam na prezesa). Mieliśmy już wtedy zamieszkany pierwszy blok, za chwilę miał być oddany nowy. 

My (tzn. ja, były i czworo dzieci) mieszkaliśmy w malutkim dwupokojowym mieszkaniu służbowym mojego byłego i koledzy ze spółdzielni zaproponowali mi, żebym napisała wniosek o przydział mieszkania w tym drugim bloku. Okazało się, że zwolniło się jedno mieszkanie trzypokojowe i właśnie na nie dostałam przydział.

To były czasy spółdzielni lokatorskich (nie własnościowych), w których obowiązywała wpłata własna 10% wartości mieszkania – resztę na kredyt dostawała spółdzielnia od państwa (oczywiście było wiele zwolnień i udogodnień wtedy dla takich spółdzielni, ale o to mniejsza). No i trzeba było jakoś ten wkład uzyskać. Wtedy pomogli mi rodzice (to był cud, bo nie byli skorzy nigdy do takiej pomocy) i scedowali książeczkę mieszkaniową siostry na mnie (ona miała wielkie mieszkanie po teściowej). Tym sposobem, po niewielkiej dopłacie, mogłam się stać dumną posiadaczką 3-pokojowego mieszkania lokatorskiego w stanie deweloperskim – jak by to dzisiaj się nazywało.

Wtedy też trzeba było samemu wszystko do wykończenia zakupić, zainstalować, położyć itp. Miałam fory, bo pracowałam z budowlańcami i wszelkiego rodzaju fachowców miałam pod ręką, a poza tym byłam prezesem… Ponieważ w życiu już wcześniej przeprowadziłam wiele drobnych remontów, sama tapetowałam, malowałam, kładłam kafle na podłodze. Miałam też czas, ponieważ moja praca nie była określona czasowo – po prostu musiało być wszystko zrobione i dopilnowane. Gdybym też patrzyła na pomoc mojego byłego, to chyba byśmy się też tam chyba nigdy nie wprowadzili – już wtedy okazywało się powoli, że ten facet to leser (ale to temat na inne opowiadanie). 

Po czterech latach pieszczenia, meblowania i dekorowania przeze mnie mieszkanka – zostawiłam wszystko, spakowałam swoje majtki i biustonosze, i odeszłam w siną dal. Powody zostawienia przeze mnie tego wszystkiego to także temat na inne opowiadanie, ale zostawiłam i nigdy potem nie żałowałam tego kroku.

Starsi synowie byli już wtedy w internatach w mieście, w którym teraz mieszkam i nie planowali swojej przyszłości w tamtym miasteczku. Z byłym został najmłodszy i córka. Za rok zresztą i oni dołączyli do nas – córka zamieszkała do matury w internacie, a syn mieszkał ze mną rok na sublokatorce. Wszyscy byliśmy oczywiście nadal zameldowani w starym mieszkaniu. Ale były mieszkał tam sam, dopóki synowi się nie znudziły moje porządki i wymagania (miał się po prostu uczyć) – wrócił do ojca i rzucił szkołę w ogóle. Córka zaś wróciła do tamtego miasteczka po maturze, w ciąży.

W tak zwanym międzyczasie rozwiodłam się z byłym, czego konsekwencją było prawdopodobnie przepisanie przydziału mieszkania na niego. Jest taki przepis, który mówi o tym, że małżonkowie po rozwodzie mają ustalić, czyje jest mieszkanie, bo członkami spółdzielni lokatorskiej może być tylko jedno z nich. A ponieważ mnie nie było tam na miejscu (wtedy już mieszkałam i pracowałam za granicą), a były od kilku lat był zatrudniony jako prezes tej spółdzielni, więc przypuszczamy, że musiał to mieszkanie przepisać na siebie. Ale nie wiemy na pewno, bo i też od kogo mamy się dowiedzieć? On nic nie powie.

Nie robiliśmy też podziału majątku, bo mnie za bardzo nie zależało (a jemu tym bardziej). W końcu to ja odeszłam, a na mieszkaniu zostały dzieci, to co – miałam im to odebrać?

Najpierw ja się stamtąd wymeldowałam, gdy wyszłam powtórnie za mąż. Potem wymeldował się najstarszy syn, bo kupił sobie mieszkanie z ówczesną dziewczyną (na kredyt frankowy). Następny był syn średni – zakupił także na kredyt mieszkanie dla swojej rodziny. Teraz córka z przyszłym zięciem kupują mieszkanie (także na kredyt, ale złotówkowy) i córka z wnuczką wymeldują się pewnie z tamtego mieszkania. 

W końcu były stracił tam pracę i przeniósł się do naszego miasta, do drugiej babci mojej wnuczki (spiknęi się ;))), a osiem lat temu najmłodszy syn się ożenił i zamieszkał w tym mieszkaniu z żoną. Aktualnie mają też dwoje małych dzieci.

Reasumując: zameldowany jest tam aktualnie mój były, najmłodszy syn z rodziną i jeszcze córka z wnuczką.

Najmłodszy syn z synową zaprowadzili tam swoje porządki, wyrzucając wszystkie nie ich rzeczy do piwnicy (mam nadzieję, że tylko tam). Łącznie z rzeczami byłego. Nie mówiąc o innych rzeczach (w tym dokumentach) całej rodziny. Po latach nie mieszkania tam byłego nawet im się pewnie nie śni, że mogliby tam jeszcze kiedyś z kimś zamieszkać. Podejrzewamy nawet, że były czynsz za to mieszkanie ciągle jeszcze płaci, chociaż podobno i zamek najmłodszy wymienił, i ojcu klucza nie dał (były dojeżdża tam dwa razy w tygodniu do pracy – prezesuje, jak ja kiedyś, tylko na pół etatu). Do tego nasze nieśmiałe pytania do syna o status tego mieszkania skończyły się na wiosnę awanturą, w której ja i pozostali synowie zostaliśmy obrzuceni obelgami. Dostaliśmy prikaz, żebyśmy się nie wp******ali w ich życie i zostawili ich w spokoju, bo nam spuszczą w****dol tak, że się nie pozbieramy. Tak się „odwdzięczył” syn za to, że zajmuje mieszkanie, na które nie musiał zapracować, do tego ma tam naszą dużą działkę (działka jest współwłasnością moją i eksa) i nie jest obciążony żadnym kredytem (jak rodzeństwo). Oczywiście najmłodszy z rodziną jest w tej chwili dla nas „persona non grata”. Nie był zaproszony na wesele najstarszego i teraz na ślub córki także. Nie chcemy mieć z nim do czynienia. Jakie ma stosunki z moim byłym, czyli swoim ojcem – nie wiemy.

Kiedyś z tym mieszkaniem (i działką) będzie jeszcze większy cyrk, ale nawet nie chce mi się o tym myśleć. Chyba, że były został namówiony przez najmłodszego na przepisanie formalnie na niego tego mieszkania – wtedy pewnie reszta niczego nie wskóra.

Tak więc byłego raczej nikt (a zwłaszcza ja) nie pragnie wymeldować. Do tego mieszkania ma największe prawo i – szczerze mówiąc – jak przejdzie na emeryturę, to tam powinien wrócić. I jeszcze najmłodszy z synową powinni się nim zaopiekować do śmierci – za to mieszkanie!

Nie wiem, czy rozjaśniłam nieco sytuację, ale to wszystko jest tak zawiłe, że sama nie dowierzam, że to się działo i dzieje!

Czuję się jak na karuzeli (cz.II)

Najpierw będzie małe wprowadzenie.

Moja córka została matką w wieku lat 18. Nie chciała wyjść za ojca dziecka, bo widziała jak ten się zachowuje w stosunku do swojej matki i pomyślała, że to źle rokuje. Urodziła wnuczkę, mieszkajac w mieszkaniu ze swoim ojcem i najmłodszym bratem w małym mieście. Wnuczkę moją, a swoją córkę tatuś odwiedzał bardzo rzadko, ale za to często odwiedzała ich jego matka, czyli druga babcia mojej wnuczki. Dodam, że także kobieta samotna (rozeszła się z mężem, gdy ich jedyny syn, a ojciec mojej wnuczki skończył 18 lat).

Druga babcia bardzo zaangażowała się w „babciostwo”, mimo że musiała do wnuczki pokonać ok. 100 km w jedną stronę. Moje dzieci – córka i syn – nawet mieli jej za złe, że się w ich domu szarogęsi, bo bywała często i wszystko im przestawiała. No, ale po jej wyjeździe znowu pozaprowadzali swoje porządki.

I w końcu mój były i druga babcia się spiknęli ze sobą. A moje dzieci były tym strasznie zaskoczone i nawet oburzone. Pamiętam ich rozważania, że gdyby druga babcia zaciążyła, to ich dziecko kim by było dla mojej wnuczki czy córki? Wszyscy uważaliśmy zresztą zawsze, że to chory układ…

Córka po 3 latach przeprowadziła się do mojego miasta, zaczęła studiować (i skończyła), a wnuczka poszła do przedszkola. Mieszkały w wynajętych mieszkaniach przeważnie z koleżankami córki, ostatnie 7 lat w jednym dwupokojowym same. Podobnie wynajmował mieszkanie średni syn, który także zakotwiczył w moim mieście. Najstarszy także tutaj się sprowadził po wojsku i z dziewczyną wzięli mieszkanie na kredyt we frankach. Najmłodszy się zaręczył z dziewczyną z gór i mieszkał (i mieszka)z nią dalej w naszym starym mieszkaniu. Początkowo z ojcem, czyli moim byłym.

Po czasie mój były stracił pracę, ale zaraz się zatrudnił w moim mieście. Oczywiście przytuliła go druga babcia. Mieszkała już wtedy sama w dużym trzypokojowym mieszkaniu po swoich rodzicach, bo jej syn (a ojciec mojej wnuczki) wyjechał ze swoją aktualną dziewczyną do Holandii. Przysyłał alimenty, a druga babcia rozpieszczała wnuczkę, dopóki mojemu najmłodszemu synowi nie urodził się syn – teraz na niego przelała swoje uczucia.  Dwa lata temu zaginął bez wieści ojciec mojej wnuczki i nie wiadomo, co z nim do tej pory. Alimenty na wnuczkę płaciła dalej druga babcia. Obiecała też jej, że dostanie ona po niej ich rodzinne mieszkanie. 

Podsumowując: mój były z drugą babcią byli ze sobą (i mieszkali) koło 15 lat. Do poniedziałku.

W poniedziałek umarła druga babcia (mój rocznik). Dla wszystkich to był szok, chociaż ostatnie miesiące prawie ciągle spędzała w szpitalu. Jednak przez ostatnie dwa lata schudła strasznie (o połowę) do czterdziestu kilku kg. Nie była to chyba jednak śmierć tak nagła – można się było tego spodziewać.

Schody zaczęły się w zakładzie pogrzebowym. Mój były i moja córka nie mogli załatwić pogrzebu, bo są osobami obcymi (były nie wziął z nią ślubu i nawet nie był zameldowany w jej mieszkaniu). Wtedy mój były przypomniał sobie o mężu drugiej babci, który prawdopodobnie nie jest jej byłym. Mąż się odnalazł, okazał się być aktualnym ślubnym i można było załatwić pogrzeb.

W telefonie drugiej babci córka odnalazła sms-a, w którym jakaś kobieta informowała ją o podniesieniu haraczu za mieszkanie. Już mieliśmy nadzieję, że to może druga babcia ukrywała swojego syna i wynajmowała mu jakieś mieszkanie. Jednak po spotkaniu z kobietą od sms-a okazało się, że ten czynsz jest za mieszkanie drugiej babci. Dwa lata temu sprzedała ona tej kobiecie swoje mieszkanie i mieszkała w nim dalej, płacąc czynsz haracz. Sprzedała mieszkanie (zreszta za połowę wartości) pewnie po to, żeby spłacić je siostrze po rodzicach (ona się tego domagała i doprowadziła nawet do licytacji komorniczej). Córka znalazła w papierach akt notarialny i wszystko się zgadza. Ustaliły, że mieszkanie będzie jeszcze wynajęte do końca grudnia. Do tej pory trzeba wszystko wynieść i mieszkanie opuścić.

Córka znalazła też w telefonie numer do siostry drugiej babci i zadzwoniła do niej, informując ją o pogrzebie siostry. Tamta, cała w szoku, ale zastrzegła (diabli wiedza dlaczego), żeby nie dochować drugiej babci do rodziców (tak właśnie ma być). Zdziwiona, że moja córka zapłaciła za 20 lat za grób (bo kto miał zapłacić?) i strasznie chciała jeszcze zobaczyć siostrę, bo nie wierzy, ze ona nie żyje. Niestety – jest to niemożliwe. Moja córka powiedziała jej, że jak przez ostatnie dwa lata nie miała na to czasu, to i teraz może sobie odpuścić.

Jeszcze co do mieszkania. Od 1 stycznia mój były będzie na bruku. Powiem, że spodziewałam się tego. Tak to jest, jeżeli się nie dba o swoje interesy, nie rozmawia o sprawach istotnych z tym, z kim się mieszka tyle lat. Były jest zameldowany w naszym byłym trzypokojowym mieszkaniu, ale po pierwsze mieszkanie to jest oddalone od jego obecnego miejsca pracy prawie 100 km, a do emerytury były ma jeszcze 4 lata. A po drugie – on tam nie pójdzie mieszkać, bo mieszka tam nasz najmłodszy syn z żoną i aktualnie z dwójką dzieci, to co się będzie tam wpychał (to jego słowa)…

Ponieważ córka z prawie-mężem właśnie kupują mieszkanie, to kombinują, żeby były zajął i dalej wynajmował jej mieszkanie. Zarabia tyle, że go będzie na to stać. Ale jak będzie – zobaczymy.

Córka po przyjeździe od koleżanki z Norwegii będzie miała kupę roboty z porządkowaniem ciuchów i papierów po drugiej babci. Jak znamy mojego byłego, a jej ojca, to palcem w tej materii nie kiwnie. Potem córka będzie miała sajgon z przeprowadzkami. A po drodze jeszcze ślub.

I czy ktoś się jeszcze dziwi, że – gdy rozmawiam z córką – mojego męża zaczyna boleć głowa (mnie już też czasami)? Bo przecież to, o czym napisałam, to nie wszystko – szczegóły pominęłam, chociaż są także ciekawe…

Na szczęście z moim aktualnym mężem nie mam problemów niedogadania. Wszystko o sobie wiemy i mamy wszystko ustalone. Inwentaryzacja wspólnych dóbr zrobiona, testamenty popisane. No i staramy się dbać o zdrowie, żeby jednak jakiekolwiek problemy oddalić w czasie.

Czuję się jak na karuzeli! (cz.I)

No – naprawdę. Koleżanka mówi, żebym to wszystko opisywała, bo żyję teraz jakby w telenoweli. Łatwo mówić – stanowczo na to za mało czasu i siły. W ciągu tego miesiąca od naszego powrotu z wczasów wydarzyło się wiele – o wiele za dużo momentami…

Najpierw może z rzeczy pozytywnych. Może nie całkiem, ale zawsze… 

Najstarszemu synowi w końcu udało się jakoś porozumieć z byłą (przez adwokatów oczywiście) i zdołał sprzedać mieszkanie. Ostateczny akt zostanie podpisany zaraz po nowym roku, ale już umowa przedwstępna podpisana i zaliczka zapłacona. W związku z tym przyszło i nam zawitać w tamte progi (po raz ostatni), bo najstarszy pozbywał sie wszystkich rzeczy z mieszkania. My wzięliśmy tylko trochę filmów na dvd – obejrzymy i pewnie pójdą dalej do ludzi. Musieliśmy też najstarszego zameldować u siebie, bo nie chciał, żeby jego była wiedziała, gdzie teraz mieszka (z żoną). Przyjazd najstarszego i jego żony wiąże się z goszczeniem ich u nas (obiadki i te rzeczy), natłokiem wiadomości od nich i generalnie naruszeniem normalnego porządku dziennego. Opowiada on bowiem nam dokładnie, co się dzieje z jego sprawami sądowymi, dotyczącymi podziału majątku, kontaktów z córką, itd. Mój mąż jest po takiej wizycie zupełnie wytrącony z równowagi, ma wiele do powiedzenia na temat – szczerze mówiąc ja też jestem takimi wizytami zmęczona. Na szczęście mieszkają dość daleko i rzadko przyjeżdżają… A ta sprzedaż mieszkania jest po części sprawą pozytywną, bo czeka syna jeszcze wyciagnięcie (sądowe) pieniędzy od byłej za spłatę kredytu. Syn sam spłacał ten kredyt, kasa za sprzedaż mieszkania idzie do banku, a teraz sąd musi ich rozliczyć. Będzie to pewnie trwało znowu parę lat.

Ja co tydzień biegam do stomatologa. Implanty się przyjęły i teraz pan stomatolog zajmuje się umieszczaniem na nich zębów. Najpierw musiał się dostać do implantów (porozcinał to, co już zarosło) i na nie wkręcił jakieś śruby. Potem wziął wycisk, co było bardzo nieprzyjemne. Na ostatniej wizycie dopasowywał to, co będzie trzonem zębów, wkręconym w implant. Za tydzień na tych trzonach będą już korony i – mam nadzieję – to będzie już koniec. Dwie dolne szóstki będę miała jak nowe! Na ostatniej wizycie miałam też opiłowaną jedną szóstkę górną (ząb martwy) i na to będę miała założoną koronkę wraz z wypełnieniem piątki, której nie mam. Tym sposobem będę już miała cały garnitur zębów. Dodam, że nie całkiem tani garnitur. Ale kto bogatemu zabroni???

W tak zwanym międzyczasie popsuła nam się wylewka w kuchni. Normalnie zrobiły się dziurki i woda tryskała jak z fontanny. Ponieważ mamy dość nietypową baterię, trzeba się było trochę naszukać – ale to pryszcz. Nie wiem, jak to u innych wygląda, ale z hydraulikami to u nas problem. Mamy niby takiego w spółdzielni, co chętnie dorabia po bokach w godzinach pracy, ale zapędzić go do roboty to sztuka! Trzeba za nim chodzić, prosić, ciągle coś mu przeszkadza, ale w końcu nasze molestowania przyniosły skutek. Nowa bateria działa i mężowi już się wątroba nie psuje… ;)))

Nie wiem, czy pisałam, ale okazało się też, że moja córka na początku grudnia wychodzi za mąż. Wszyscy się bardzo cieszymy, bo prawie-zięć udany (na razie!) i byle tak dalej. Odkąd zaklepali termin ślubu, wszystko zaczęło się toczyć w nieprawdopodobnym tempie. Mieli po ślubie wynająć większe mieszkanie (teraz córka wynajmuje dwupokojowe), ale dojrzeli do decyzji kupna. Szybko znaleźli takie, które im odpowiada (co nie znaczy, że mi odpowiada, ale ja nie będę w nim mieszkać), złożyli wniosek o kredyt i podpisali umowę przedwstępną. Jak dobrze pójdzie, może jeszcze do końca miesiąca się przeprowadzą, bo mieszkanie jest w stanie do zamieszkania. Córka jeszcze kilka mebli weźmie od najstarszego brata i w zasadzie będą gotowi. Prawie-zięć też się uwinął – zdołał się popakować i przenieść do córki, a swoją kawalerkę wynajął.

Ponieważ młodzi nie życzą sobie wesela, zamówiliśmy salę tylko na obiad po ślubie. Ma być ok. 25 osób. Zrobiłam im zaproszenia, wydrukowali też mnóstwo zawiadomień o ślubie (do kościoła) dla znajomych. Nie dałam się wciagnąć w szycie jej sukienki (chociaż ma być bardzo prosta). Kupiłyśmy materiał, a resztą ma się zająć krawcowa. Kupiłam też córce buty takie, jakie chciała. Mam zamiar jej także podarować delikatny komplet srebrny Swarowskiego (kolczyki i wisiorek)- niech ma na pamiątkę od mamusi.

Tort mają już wybrany – facet w prywatnej cukierni (z polecenia) piecze torty takie tradycyjne, bez tych mas cukrowych, podobno bardzo dobre – zobaczymy. Kolega córki jest florystą – ma jej uwić wianek z niebieskich lub (gdy nie będzie niebieskich) białych kwiatów. Prawie-zięć ma szary garnitur, do tego biała koszula i niebieski krawat. Będą wyglądali bardzo oryginalnie i na pewno wrzucę tutaj ich zdjęcie.

A dzisiaj rano córka poleciała do przyjaciółki do Norwegii – wraca w poniedziałek. Mam nadzieję, że do tej pory dostaną już tę decyzje o przyznaniu kredytu i będą mogli ruszyć z kopyta z przeprowadzką.

No i jeszcze muszę napisać, że od powrotu z wczasów stale kaszlę. To denerwujące. Byłam nawet tydzień temu  u lekarza, dostałam jakieś leki, ale nie pomogło. Kupiłam sobie jeszcze coś w aptece i też nie pomogło. Cieknie mi też z nosa. Nie jest to typowy katar – myślę, że mam na coś uczulenie. Ale na co? Przecież teraz chyba nic nie pyli. No, chyba że mam uczulenie na męża… Chyba zmienię lekarza… ;)))

Mam jeszcze tyle do napisania, a już ranek blisko. Obiecuję ten temat skończyć jutro, a teraz już trzeba iść spać.

Streszczenie miesiąca

Żyję, żyję. Nawet dość intensywnie żyję i nawet nie mam czasu ani ochoty siedzieć w blogach. A tym bardziej pisać…

Będzie teraz w bardzo wielkim skrócie:

Byłam u ortopedy z moim kolankiem. Spojrzał na rtg, zagwizdał i powiedział, że jest baaardzo źle. Kolano do wymiany (jakbym nie wiedziała!). Terminy pięcioletnie! :))) Jednak na razie zrobi mi artroskopię (coś mi tam spiłuje, żeby nie urażało przy chodzeniu) i proponuje termin jutrzejszy, bo mu się zwolniło miejsce.

Niestety – uświadomiłam mu, że wyjeżdżam pod koniec września na dwa tygodnie i teraz żadne zabiegi są niemożliwe. Polecił mi zatem zapisać się na zabieg w szpitalu (co szybko zrobiłam) i będę na niego czekała prawdopodobnie do stycznia. Ok. Pewnie po rekonwalescencji da mi skierowanie do sanatorium, czyli już mam plany wyjazdowe na wiosnę przyszłego roku. :))) Doraźnie dostałam wtedy pierwszy zastrzyk przeciwbólowy w kolanko, a przedwczoraj drugi. Nie wiem, czy pomaga. Wspomagam się także plastrami chińskimi przeciwbólowymi (kupionymi na Aliexpress), które pomagają na pewno.

Skończył mi się termin umowy w mojej kablówce. Wypowiedziałam więc ją i znalazłam inną opcję dwa razy tańszą (płaciłam dotychczas 199 zł) za te same usługi. I co zrobiła moja kablówka? Nasłała na mnie pana, który zaproponował mi zmniejszenie opłat o 10 złotych!!! Wyśmiałam go (dosłownie) i pan potem wydzwaniał do mnie nieustannie. Zbijał cenę i zbijał, aż mu powiedziałam dobitnie, że nie mogę płacić więcej niż 100. Doszliśmy w końcu do kompromisu i płacę za to samo, czyli max programów, szybki internet i wszelkie bezpłatne rozmowy na świat, 112 zł. Jest to znaczna różnica w końcu. I co – dało się?

Termin umowy na telefon też mi się kończył. Mam więc teraz nowego smartfonka Huawei P10 lite. Śliczna niebieska zabaweczka, z dużym ekranem, z odblokowywaniem odciskiem palca, a co najważniejsze – z bardzo dużą pojemnością, mieszczącą bez problemu moje „tysiące” apek!!!

Syn przyjechał na parę dni z synową i prawdopodobnie sfinalizuje sprzedaż mieszkania. Nawet trafił się kupiec z gotówką. W końcu pewnie uda mu się „rozwieść” z byłą, bo spłaci całkowicie kredyt frankowy i podzielą resztę. O niechlubnej przeszłości z byłą przypominać mu będzie już tylko córka…

Byłam także kilka razy z najstarszą wnuczką u lekarzy, także specjalistów. Wychodzi na to, że co prawda ciągle atakuje ją zapalenie zatok i swędzi głowa (nie, nie ma insektów), ale zasadniczo nic jej nie jest. To ciekawe. A badania odbyły się ekspresowo i na odpierdol. Nie rozumiem niektórych lekarzy…

Zaliczyliśmy też kilka imprez imieninowych, w tym także mojego męża, czego się nie spodziewałam, bo zasadniczo już tego rodzaju imprez nie robimy i od dawna takźe nie byliśmy nigdzie zapraszani. Ale było bardzo sympatycznie.

Szykuje nam się także impreza w grudniu. Córka z chłopakiem są już po zaręczynach i jest już wyznaczony termin ślubu. W związku z tym będą szukać większego mieszkania (na razie do wynajęcia), a na jego kawalerkę mają już wynajmującego. Wszyscy jesteśmy bardzo przejęci i bardzo się cieszymy. Ślub będzie bez wesela, z czego także się bardzo cieszymy (bo nie lubimy). Po kościele goście zostali zaproszeni na obiad do fajnej restauracji i tyle. A wszyscy młodzi sobie wieczorkiem pójdą do klubu na tańce.

A teraz szykujemy się do wyjazdu na zasłużony urlop. Zrobiłam sobie znowu paznokcie (robię teraz co 5 tygodni). Rosną mi jak szalone! Tak samo systematycznie biegam do fryzjera, bo włosy też dostały rozpędu. A do krótkiej fryzurki się przyzwyczaiłam i bardzo ją lubię.

Jedziemy na wczasy z moją przyjaciółką (z czego się strasznie cieszę) i wracamy 8 października. Będzie się działo!!!

Misz-masz majowy

W tym roku przegapiłam kwitnienie tulipanów w Holandii. Już od wielu lat myślę o tym, żeby jechać i obejrzeć to cudo w naturze, ale – wiadomo – gdy pracowaliśmy, nie było o tym mowy. W tym roku pomyślałam o tym dopiero, gdy zobaczyłam zdjęcia znajomych z wycieczek na tulipanowe pola. Muszę sobie zapisać z odpowiednim wyprzedzeniem w kalendarzu. W przyszłym roku już nie odpuszczę!

U mnie pod balkonem tulipany jedne kwitną jeszcze, inne dopiero przekwitły – trwało to w tym roku wyjątkowo długo z powodu kiepskiej pogody. Zwykle tulipany kwotną u mnie 2-3 dni, bo wystawa południowa i jest ciepło.
A w ogóle – chyba związane też to z pogodą – zrobiłam się strasznie leniwa. Robię w domu tylko to, co muszę. Nie mogę się ogarnąć, chociaż – jak już pisałam – mam trochę szycia. Niestety – szycie wymaga natchnienia: jak go nie ma, to i nici z szycia – nie wyjdzie.Trochę przepatrzyłam garderobę, bo chyba jednak przyjdzie jakieś lato, a poza tym to wesele Najstarszego… Ponieważ postawiłam na niebieskości poskładałam inne kolorki w kącie, a wywiesiłam w szafie i poukładałam wszystko, co w odcieniach niebieskiego. Dokupiłam kilka cienkich i przewiewnych bluzek (nie wymagających prasowania). Po uszyciu dwóch topów (jasno- i ciemnoniebieskiego), a także spodni – będę miała komplet później na całe wakacje.

Zakupiłam też sandałki na wesele i właśnie stoją one w prawidłach i się rozciągają.

Buty o tęgości G i są za wąskie! Takie to mam nogi. Na dodatek lewą stopę mam bardziej i przy okazji zrobiłam sobie jej rtg, bo boli i szersza jakaś… Okazało się, że mam w lewej stopie torbiel zwyrodnieniową oraz zwapnienia z wolnym fragmentem kostnym. Cokolwiek to znaczy. Dobrze, że jeszcze nie odwiedziłam ortopedy (z lenistwa), bo będę miała do niego dodatkową sprawę (oprócz kolanka).

A kolanko (tfu, tfu!) chwilowo mnie nie boli. Zupełnie. Nie chcę tu siać dalekowschodniej propagandy, ale ból mi minął po trzydniowym i trzykrotnym nalepieniu sobie na kolanko cudownego przeciwbólowego plastra, który przyleciał do mnie z Chin (via Aliexpress). Może mi ktoś wierzyć, albo nie, ale nie boli. Nie wiem, na jak długo, ale chodzę bez bólu, śpię spokojnie – po prostu cud.

I tyle różności na dziś.

Poza domem

Od czwartku jestem „na koloniach”. Opuściłam swojego ślubnego i przebywam czasowo w mieszkaniu mojej córki. Ktoś musi się zająć przecież psem. Kiedy córka miała zamiar wziąć psa ze schroniska, to warunkowała to tylko moją zgodą na opiekowanie się nim, kiedy ona będzie musiała gdzieś wyjechać i nie będzie mogła zabrać psa. Zgodziłam się, no bo jak nie pomóc córce…

I właśnie teraz jest ten czas. Córka wyjechała na konkurs chórów do Petersburga i wraca ten czwartek. 

Wzięłam sobie z domu książki i swojego laptopa. I naprawdę się nie nudzę. Przeczytałam już dwie książki, obejrzałam film Mr Brooks, cały sezon fajnego serialu (Marcella), teraz oglądam następny. Wyszorowałam córce lodówkę, posprzątałam w kuchni, wyprałam 5 pralek i złożyłam wysuszone. Bardziej w jej porządki nie chcę się wgłębiać, a i tak się boję, że mnie opieprzy…

Wychodzę 3 razy dziennie z psem na spacery i nawet z łatwością wstaję rano. Ten pies jest specyficzny (jak to czasem bywa z psami po przejściach) i na przykład boi się wody do tego stopnia, że prawie wcale jej nie pije. To nie jest fajne, bo na bank będzie miał w niedalekiej przyszłości problemy z nerkami. Chętnie zlizuje wodę z ręki, ale żeby zanurzyć w niej pysk, to już nie. I wpadłam na pomysł, że będę mu gotowała zupy – przecież zupa to też płyn. Ugotowałam mu rosół na resztkach z kurczaka (tłustych skórach, kuprze, itd.) dodałam warzyw i kaszy jęczmiennej. Teraz biorę do psowej miski kilka łyżek tego specjału, dolewam wody, mieszam i pies to zjada/wypija ze smakiem i jeszcze miskę wylizuje.

Moja córka brzydzi się mięsa i jest mała szansa, żeby podobnie podawała wodę psu, ale może ją przekonam wizją szybkiego zejścia psa, po uprzedniej długiej chorobie i niezłej kasie zostawionej weterynarzowi…

Podpowiedziałam wnuczce, jak bezboleśnie ugotować coś psu (woreczek wątróbki kurzęcej wrzucić do wody i zagotować po prostu, a potem zasypać kaszą, chwilę pogotować i zostawić) – nie trzeba tu nawet tego mięsa brać do ręki. Ale też nie widzę zapału u wnuczki. Ona słucha, ale tak, jakbym do powietrza gadała.

W ogóle to jestem tu, niby jest tu jeszcze wnuczka, ale tak naprawdę, to jakby jej nie było. Albo w szkole (na szczęście), albo na zajęciach przeróżnych, albo u drugiej babci, albo u koleżanki. No – ma już skończone 15 lat i robi, co jej się podoba.  Wczoraj przyszła do domu wieczorem i powiedziała, że teraz się bierze za sprzątanie swojego pokoju (burdel straszny!), ale poszła spać o 24.00 i – biedna – nie zdążyła w ogóle zacząć. Ja po prostu zamykam drzwi od jej pokoju i nie chcę na to patrzeć.

cud_ze_na_srodku_ciut_wolnego_miejsca

Mój mąż przychodzi do mnie w odwiedziny na kawę (przynosi zawsze jakieś dobre ciastko, to chyba nie schudnę ;))) i potem zostaje na obiedzie. Coś tam upichcimy na kilka dni i tak leci. Jutro smażę naleśniki. W sobotę byliśmy zaproszeni do znajomych na oblewanie nowego domku, który wybudowali sobie za miastem. A dzisiaj jadę z odwiedzinami do domu, bo sąsiad z góry ma imieniny i jesteśmy zaproszeni na kawę. A potem z powrotem do piesa.

Byle do czwartku!