Uwiodło mnie życie realne



Tak się zastanawiam, jak to jest, że teraz, na emeryturze, mam mniej czasu (takiego naprawdę wolnego, kiedy to mogę nic nie robić). Teraz (wydaje mi się) nawet mniej czytam, a już na pewno oglądam mniej filmów.

Przeszła mi też już zupełnie fascynacja internetem. Z rozpędu sprawdzam pocztę, robię jakieś tam zakupy, coraz rzadziej wchodzę na FB (drażni mnie tam powszechny ekshibicjonizm pt. to zjadłam, tam byłam), chociaż sama do niedawna także wrzucałam zdjęcie mojej zielonej babki wielkanocnej…  Nie potrafię jednak z tego zrezygnować całkowicie, bo jednak jest to dla mnie źródło wiedzy. To, co mnie interesuje, mam podane jak na tacy. No i ten ożywiony kontakt z krewnymi… ;)))


Oczywiście czytam w przerwach między innymi robotami domowymi. Mój mąż także się wciągnął i czyta to, co ja, czyli thrillery i kryminały. Stosik książek z biblioteki czeka stale na komodzie (nie licząc książek zakupionych do domu).

 

do czytania


Ale tak naprawdę to nie mogę się uporać z porządkami w mojej ogromnej szafie. Jakiś czas temu nabyłam trochę dużych, plastikowych, przezroczystych pojemników, aby łatwiej było pogrupować rzeczy i potem je znaleźć w tej szafie. Do tej pory właściwie jeszcze tego nie zrobiłam – stale jestem w trakcie. Bałagan w pokoju jest obrzydliwy, bo nie da się inaczej, a ja już tracę siły. Staram się codziennie coś ogarnąć, ale jest tego naprawdę dużo.


Kiedyś myślałam o tym, jak to by było fajnie wywalić te wszystkie rzeczy i zostawić tylko to, co naprawdę najpotrzebniejsze, ale nie dam rady. Mam duszę chomika, a poza tym dla kogoś kto szyje, robi na drutach, robi karteczki – wszystko się może przydać! I tak już pozbyłam się rzeczy przydatnych w ogrodzie, bo tym już na pewno zajmować się nie będę. To, co potrzebne, aby uprawiać kwiatki pod balkonem i na balkonie, mieści mi się w szafce balkonowej.


bratki na balkonie


Mam także problem z ciuchami, bo mam ich za dużo. Ale też trudno mi się ich pozbyć – może teraz, przy tym porządkowaniu? Kupuję coś, co mi się podoba, ale nie zawsze trafię w rozmiar, albo materiał nie taki, albo po prostu źle się nosi… Z moimi rozmiarami nie jest łatwo dobrać ciuchy… A z ulubionymi ciężko się rozstać, nawet gdy się skurczą w praniu… ;)))


Oczywiście w tzw. międzyczasie zawsze sobie wymyślę jakąś dodatkową robótkę. I tak, w ferworze sprzątania balkonu, wpadłam na genialny pomysł odnowienia parapetów zewnętrznych. Mamy te parapety takie zwykłe, z blachy ocynkowanej. Kilka lat temu okleiłam je folią samoprzylepną w kolorze ram okiennych (mahoń), ale niestety, nie było to pokrycie trwałe. Zwłaszcza w miejscach łączenia powstały zadziory, a gdzieniegdzie też ta folia z lekka się pomarszczyła. Pomyślałam więc, żeby to wszystko wyszlifować papierem ściernym i pokryć żywicą epoksydową w tym kolorze. Wyszukałam w necie, zakupiłam, stoi i czeka na pogodę. Już się cieszę na nową robótkę!


Przyziemnie… bardzo…

Koniecznie, ale to koniecznie muszę się z kimś podzielić tą informacją! Pewnie wiele osób mnie wyśmieje, ale może komuś jednak się przyda. W końcu i ja wielu rzeczy dowiaduję sie z internetu, z blogów także.

Kiedy zamieszkałam z moim aktualnym mężem, prawie załamałam ręce nad stanem jego mieszkania. Był już 3 lata sam, a i przedtem, przez parę lat choroby żony, nie miał głowy do sprzątania (zwłaszcza gruntownego) mieszkania. To był obraz nędzy i rozpaczy! 

Dobrze, że byłam wtedy 15 lat młodsza, energiczna i pełna zapału. No i dobrze, że mój przyszły wtedy mąż dał się pokierować w kwestii remontu i pewnej modernizacji mieszkania.

Najpierw wywaliłam wszystko z kuchni. Pomalowałam sufit, położyłam tapetę, panele i zakupiliśmy nowe szafki. Wymieniliśmy kuchenkę.

Zamówiliśmy fachowca (udał nam się bardzo), który skuł płytki w łazience i zrobił nam łazienkę taką, jak sobie wymarzyłam.

W dużym pokoju, po położeniu nowych tapet, wymieniliśmy stare ciemne i brudne fotele i takąż wersalkę na piękny, wielki jasny narożnik i fotel. Zakupiłam nowe karnisze i przepiękne, wyszywane firany z szeroką gipiurą.

Wymalowałam pozostałe pokoje, a w sypialni położyliśmy nowa wykładzinę i zmieniliśmy układ mebli.

Praktycznie ze starych rzeczy pozostał ukochany mebel mojego męża czyli segment Swarzędz na wysoki połysk (którego nigdy nie cierpiałam i nigdy nie ścierpię, ale wytrzymać muszę, bo to „dorobek życia” męża), zlewozmywak stalowy w kuchni (służy do tej pory zupełnie dobry), pralka Bosch, która świetnie pierze (mimo swoich 18 lat). No i miska ustępowa, bo w wc została wtedy tylko pomalowana szafka na biało.

No i w końcu dotarłam do brzegu.

Nauczona zawsze byłam, że co jak co, ale w wc i łazience to musi być najczyściej w całym mieszkaniu. Ze względów higienicznych i estetycznych. Mogę nie sprzątać w całym mieszkaniu, ale kibelek i umywalkę umyję zawsze. No dobrze – umywalka nowa, łatwo ją utrzymywać w czystości. Ale co zrobić ze starym kiblem?

Wyczyniałam różne cuda. Łącznie z usuwaniem wody z syfona i szorowaniem szczoteczką do zębów z proszkiem. Proszków, żeli, emulsji i tabletek wypróbowałam mnóstwo – także patent z coca colą, który miał pozbawić miskę wewnątrz wszelkich osadów. I nic! Zawsze zostawało coś tam niedoczyszczone, a mnie już nerwy brały i poważnie nosiłam się z zamiarem wywalenia tego ustrojstwa na śmietnik.

Zawsze kupowałam taki żel niebieski do wc w Lidlu. Ładnie pachniał i sprawiał wrażenie, że cokolwiek robi dobrego w tej odchłani. Aż któregoś dnia żel się skończył i poleciłam zakupić go memu mężowi. Nie wiedział on w tym Lidlu, o jaki mi żel chodzi i zakupił jakiś. Śmierdzący chlorem jak jasna cholera. No to polałam tym świństwem wnętrze miski. Zaleciało smrodem, ale uciekłam stamtąd szybko i zamknęłam drzwi.

Za jakiś czas poszłam skorzystać z wc i mnie zamurowało. Nasza stara miska ustępowa wygląda jak nowa! Jest śnieżnobiała wszędzie, w każdym zakamarku i aż lśni!

A oto sprawca tego cudu:

wc żel cudotwórca

Polecam!

Dramat ;)

Dzisiaj wpadłam w szał niszczenia. Pożyczyłam porządną, profesjonalną niszczarkę do dokumentów. Męża wysłałam do piwnicy po worki z papierami przeznaczonymi do niszczenia i dalej! W domu mam tylko taką malutką niszczareczkę na baterie do podręcznego  ściachania czegoś na bieżąco. Chodzi ona cichutko i wolniutko. Tnie na waskie paseczki. Jest bardzo subtelna.

Pożyczona niszczarka jest wielkim kombajnem, który nie tylko słychać, widać, ale i czuć (śmierdzi – jednym słowem). Tnie papiery i szarpie prawie na miazgę, zagłusza wszelkie inne urządzenia w domu, ale jest szybka i sprawna.

Tu mała dygresja: Mąż znajomej kupił tę niszczarkę przez pomyłkę. Po prostu napisał „niszczarka” zamiast „kostkarka” (a o niej właśnie myślał) i nie zastanawiając się zapłacił. I przyszła do domu niszczarka, której raczej nie potrzebował… :)))

Papierów nie nadających się do wyrzucenia do makulatury (bo są tam adresy, telefony, różne dane) mam w domu stosy. W końcu prowadziło się działalność 12 lat i trochę tego się naprodukowało. Popakowane w worki trafiły do piwnicy, bo myślałam, że będę miała możliwość spalenia ich gdzieś na ognisku. Niestety – nie udało się, głównie dlatego, że teraz są bardzo obostrzone przepisy dotyczące palenia ognisk na działkach. Ludzie się boją, a że palenia dużo…

Tak więc od dzisiaj akcja odgruzowania piwnicy i niszczenia papierów. Poszatkowane trafią normalnie do śmieci. I tylko rolki kasowe kolega zobowiązał się ukratkiem spopielić na swojej działce teraz, zimą, a jest też tego dosyć dużo.

A poza tym nic na działkach się nie dzieje…

Ostatnie prace kuchenne

Przyszła w końcu ta witrynka i mieliśmy trochę roboty z czyszczeniem słoiczków z przyprawami (25 sztuk). Stały one przedtem luzem i – wiadomo, jak to w kuchni – zatłuszczone były okrutnie. No to już nie są i będą teraz stały za szybką, to się tak szybko nie utłuszczą.

Najpierw do witrynki umocowałam kupioną w L…u listwę podszafkową:

listwa podszafkowa

Po zdjęciu poprzedniej półki okazało się (to nie była niespodzianka), że ściana też jest cokolwiek brudna, więc w ruch poszedł mop parowy. Pięknie wyczyścił mi ścianę (to tapeta na fizelinie, zmywalna, taka z meszkiem z wierzchu) i można było zawiesić witrynkę. Uprzednio wbiłam kołki, bo przecież inaczej nie dało się jej zawiesić.

witrynka na gotowo

I stało się! Pierwsze i (chyba) ostatnie starcie między mną a mężem w czasie całego remontu i sprzątania. Jak ja nie lubię, gdy wiercę dziury pod kołki, a on mi mówi, jak mam to robić! Od razu się wściekam i bym mu tą wiertarką przywaliła, bo jak sam nie robi, to niech się nie wcina – prawda? I na dodatek, jak mówię, żeby się nie wcinał, to dostaje focha i nie odzywa się już w ogóle. A to mnie wkurza najbardziej. Na szczęście wczoraj dosyć szybko (co niezwykłe) mu przeszło…

Muszę też przyznać, że mąż potem sam wyczyścił denaturatem panele w kuchni (po odsunięciu wszystkich szafek). Położyliśmy nowy chodniczek. Jest pięknie!

chodniczek

Na dzisiaj zostało mi tylko umycie okna w kuchni i zawieszenie firanek i ozdobnych zasłonek.

wszystko czyste

Pogoda zrobiła się piękna – w sam raz na mycie okna, więc udaję się na drabinkę!

Syzyfowa praca

Sprzątanie kuchni jeszcze nie zakończone. Bo z tym sprzątaniem jest tak, że np. myjesz szafkę z zewnątrz, to i musisz wewnątrz. To trzeba wyjąć wszystko z tej szafki. Te wszystkie pojemniki, pudełka i słoiczki. To okazuje się, że te pojemniki musisz wymyć, uzupełnić. Szybkę z witryny wyjąć (bo zaszła tłuszczem) i także osobno wyczyścić, po czym ponownie wstawić. I tak pojedynczo z każdą szafką (a jest ich trochę). Do tego lodówka, pochłaniacz. Kuchenkę wyczyściłam na razie zewnątrz – na popołudnie zostawiłam sobie czyszczenie wewnątrz. Mam zamiar wypróbować działanie mopa parowego, który ma końcówki odpowiednie do tego celu.

To nie jest tak, że ja ciągle sprzątam. Ja teraz się wzięłam na poważnie za te remonty i sprzątanie, bo przez wiele lat robiłam wszystko po łebkach i z doskoku. Teraz w końcu, na emeryturze, mogę sobie pozwolić na gruntowne porządki. I to też nie jest tak, że robimy z mężem tylko to. Sprzątamy w wolnym tempie, stosownie do nastroju, sił i natchnienia. Do skutku.

Drugą ścianę w kuchni (szafki i ściany) zostawiamy do przyszłego tygodnia, bo po niedzieli ma dojść zamówiona szafka/witrynka na tę ścianę:

witrynka

W tej chwili mamy w tym miejscu półkę z zamontowanym światłem, ale – niestety – światło się zepsuło na tyle skutecznie, że trzeba je wymienić. Wymyśliłam więc wymianę półki na witrynkę, bo będę miała więcej miejsca na przyprawy. A światło przymocuję pod tę witrynkę.

W tzw. międzyczasie mieliśmy jeszcze miłych gości, do których zostaliśmy zaproszeni w święta na srebrne wesele (100 km od nas). Poznałam ich ze sobą i byłam 25 lat temu świadkiem na ich ślubie – szczęśliwie przeżyli ze sobą tyle lat i teraz będziemy ten fakt świętować razem. Już zamówiłam im w prezencie fajny biały kocyk (będzie im pasował do mebli).

Tymczasem oddalam się do czyszczenia piekarnika. To bardzo fajne zajęcie w długi, jesienny wieczór sobotni! ;)))))))

Dywagacje o sprzątaniu

No, nie potrafię usiedzieć spokojnie! To znaczy – śpię długo i namiętnie, potem pogrzebię trochę w kompie, ale potem mnie nosi!

Dzisiaj mąż bawił się ze swoim nowym odkurzaczem, a ja postanowiłam w końcu wypróbować swoją nową zabawkę, tzn. myjkę do okien. Duży pokój elegancko odnowiony, czyściutki, a okna brudne okropnie – w końcu się doczekały.

Wczoraj mieliśmy gości i pokazywałam tę myjkę. Obiecałam koleżance, że – po wypróbowaniu – podzielę się opinią o niej. No i muszę powiedzieć, że myjka spisała się świetnie. Najpierw obleciałam ramy (mam drewniane, więc środkiem do drewna), potem szmatką przetarłam szyby na mokro, samą wodą. Potem na każdej szybie trzy ruchy myjką i wytarcie brzegów szmatką, która była dołączona do zestawu. Żadnych smug – super! Tak to ja mogę myć okna!

Moje storczyki na oknie właśnie zakończyły kwitnienie, mogłam też zrobić im kąpiel w wannie. Jeszcze mi została do dopucowania (dokładnego, z odsuwaniem pralki itp.) łazienka. Ale to po niedzieli.

A po powrocie z Warszawy czeka kuchnia…

Poza tym mam przemyślenia. Na temat sprzątania.

Lubię przebywać w czystych pomieszczeniach. Nie jestem pedantką, ale lubię mieć wszystko poukładane i na miejscu. Kurz mnie nie drażni, jeżeli tylko leży równo ;))) I wiadomo, że porządek się sam nie robi. Ale bez przesady. Sprzątam tylko wtedy, kiedy mam ochotę i czuję się dobrze. Nie przyszło by mi do głowy latać na miotle i narzekać, albo robić za cierpiętnicę. Jasne, że już nie jestem taka wydolna jak kiedyś, a i czasem naprawdę coś boli mnie bardziej, ale wtedy po prostu leżę koło roboty i już. I wtedy wkoło może się walić i palić.

Uważam też, że (gdy się ma na to kasę) można sobie wynająć kogoś do sprzątania. Z tym, że ja sama pozwalam sobie pomagać w tym tylko córce. Jakoś nie miałabym zaufania do kogoś obcego. Może dlatego, że sama przez lata sprzątałam u ludzi i wiem, że taka sprzątająca po czasie wie o nas dużo… No, chyba że się ograniczy zakres sprzątania do tych najtrudniejszych typu mycie okien, podłóg itd. i siedzi się obok…

A – i jeszcze pragnę zauważyć, że pojęcie porządku w mieszkaniu jest względne. Nieraz odwiedzałam koleżanki tuż po ich sprzątaniu i miałam wrażenie, że jest przed. No, ale niektórzy lubią twórczy bałagan i im nie przeszkadzają leżące po kątach (i nie tylko) książki czy gazety. Ze zdziwieniem spotykałam także fotele czy krzesła służące za „szafy”. Mogę się dziwić, ale to jak w tym dowcipie: – co to jest – duże, czarne i wisi na ścianie? – fortepian, bo co cię obchodzi, jak ktoś sobie mebluje mieszkanie?

fortepian na ścianie

Podsumowanie remontu

Przyszła pora na podsumowanie remontu. Zajął nam trochę czasu, ale to chyba oczywiste, gdy za remont biorą się dwie starsze osoby, totalni amatorzy. Przy czym – jak już pisałam – ja mam dość duże doświadczenie w tapetowaniu i kładzeniu paneli, oraz oczywiście w malowaniu.

Bałam się trochę o współpracę z mężem. Przez lata naszego związku, wszelkie roboty w mieszkaniu robiłam raczej wspólnie z córką. Teraz, z tego powodu, że obydwoje mamy wolne – musieliśmy robić to razem. Mój mąż jest bardzo uparty i bałam się, że będziemy się ciągle spierać. Okazało się jednak, że bez problemów podporządkował się w tej pracy szefowi czyli mua.

Mieszkanie jest częściowo zrobione, bo robiliśmy tylko duży pokój, sypialnię i przedpokój. Łazienka jest zrobiona już dawno, jest super i nie do ruszenia. Kuchnia co prawda już nie jest pierwszej świeżości, ale jeszcze trochę wytrzyma – po przyjeździe z wojaży dokładnie ją doszorujemy, wymienimy chodniczek (już czeka kupiony) i też będzie dobrze. Mój zielony pokój do pracy to zupełnie inna bajka. Tam się ciągle sprząta i układa, i stale jest bałagan. No, ale taka uroda tego pokoju.

Pozostało mi tylko wrzucić zdjęcia z metamorfozy przedpokoju. Ta matowa farba wygląda naprawdę bardzo efektownie, chociaż na zdjęciach aż tak bardzo tego nie widać.

fragment przedpokoju przed i po

fragment przedpokoju z drzwiami przed i po

szafa przd i po malowaniu

I jeszcze specjalnie dla Bożeny fotka obrobionej framugi po szpachlowaniu i malowaniu. Ale przed sprzątaniem (co widać).

obróbka framugi

Jeszcze potem dorzucę zdjęcia nowych lamp, bo pan założy je dopiero po południu.

Mam nowe lampy! Wyglądają świetnie!

przedpokojowa

sypialniana

Prawie finisz

Jestem wykończona! I to wcale nie malowaniem, bo malowanie to była najprzyjemniejsza część programu. Najgorsze jest przygotowanie wszystkiego do malowania.

Np. okazuje się, że trzeba jakoś obrobić ościeżnicę. No to piła, klej i dalej! Poniżej produkt przejściowy – po zaszpachlowaniu i pomalowaniu wygląda inaczej! 🙂

obrobienie ościeżnicy

Albo takie zdejmowanie wszelkiego rodzaju ozdóbek ze ścian. Zdejmujesz i patrzysz, że to zarosło prawie brudem, więc próbujesz umyć np. denaturatem. Okazuje się, że tych zakamarków jest tyle, że nie dasz rady nie chce ci się. Zalewasz więc płynem do wc i voilà – spłukujesz po kilku godzinach i gotowe! W tzw. międzyczasie odkręcasz wszelkie śrubki. Potem przecierasz miejsca do malowania (czyli cały przedpokój!!!) dyktą (czy już wspomniałam, że to wspaniały płyn?) i malujesz całość po raz pierwszy. To znaczy – jak malujesz, to nie wiesz, że to po raz pierwszy. Ja np. byłam przekonana, że maluję i koniec. 

Następnego dnia budzisz się rankiem koło 8.00 (czy wspomniałam także, że przez ten miesiąc mamy budzenie gratis przez panów monterów, co to wymieniają nam w całym bloku kabelki od prądu i ryją bruzdy pod nie od samego rana?) i stwierdzasz, że – niestety – malować trzeba po raz drugi. A malujemy super farbą lateksową. Jest bardzo wydajna, chociaż gęsta jak diabli. No i pięknie wygląda taka matowa…

Dzisiaj malujemy trzeci dzień. Zostały jeszcze listwy przypodłogowe. No i właśnie. Przecieram ja sobie panele przy listwach szmatką z… denaturatem oczywiście, a tu okazuje się, że miałam ciut mylny pogląd na kolor paneli w przedpokoju. Pod szmatką zrobiły się takie jakieś jasne… Już się przestraszyłam, że dykta rozpuszcza mi panele, ale nie. Okazało się, że po prostu panele na styku z listwami (i nie tylko) są po prostu takie brudne! No to teraz szmata, jeszcze więcej dykty (muszę męża wysłać do sklepu, żeby zdążył kupić przed menelami ;))) i czyścimy panele w przedpokoju. Chciałam tylko zauważyć, że panele w kuchni i przedpokoju mamy takie, że każdy myśli, że to kafelki.

panele w przedpokoju

Specjalnie takie kupiliśmy i to jeszcze w takim kolorze, żeby nie było widać brudu… No, to nie było widać…

Jaki człowiek jest naiwny! Myślałam, że przecieranie mopem wystarczy, a tu kicha. Ten głupi mop nie bierze zakamarków i dlatego taka historia… zarastaliśmy brudem… 

A tak w ogóle, to chyba będę musiała iść na odwyk po tej dykcie ;)))

A  – jeszcze jutro ma przyjść facet pozakładać nam nowe lampy (do sypialni i przedpokoju). Ja – jak nie muszę, to za prąd się nie zabieram. Chociaż nie powiem, że nie potrafię. 

Tak więc jutro od rana sprzątanie po tym wszystkim… Nareszcie będzie trochę spokoju.

A po południu jutro przyjedzie moja Przyjaciółka – hurrrrrrraaaaaa!!!

Następne pomieszczenie z głowy

No to następny etap zakończony. Odszykowałam kibelek. Jest czysto, jaśniej i ładniej (wg mnie).

Szafki pomalowałam farbą kredową, tą samą co meble w sypialni, tylko w kolorze mięty. Tak sobie wymyśliłam, żeby nie było nudno. Oczywiście farbę tę pokryłam także woskiem, dla zabezpieczenia powierzchni.

Ściany są wytapetowane tapetą zmywalną na fizelinie i każdy się dziwi, że na kafelkach tapeta trzyma. Trzyma jak diabli. Wypróbowałam to już dawno, bo co jak co, ale doświadczenie w tapetowaniu wszystkiego to mam duże. Ponieważ lubię tapety, a przeprowadzałam się kilkadziesiat razy w życiu, to można sobie wyobrazić…

Najwięcej trudności miałam z przycięciem „szybek” do szafki, których tak naprawdę na zdjęciu prawie nie widać, bo są tylko z lekka matowe. Chciałam trochę przykryć ten bazar środków czyszczących. Nie dało się tego nigdzie indziej wsadzić ze względu na wysokość. Ta jedyna półka ma odpowiednią na tego typu pojemniki. Zamówiłam w sklepie akwarystycznym prowadnice, przycięłam i przykleiłam do ścianek górnej i dolnej, a potem męczyłam się z dopasowaniem wielkości płyty plexi. Przycięłam moim najlepszym przyjacielem, czyli urządzeniem wielofunkcyjnym, ale potem dopasować te milimetry… Pilnik, papier ścierny i heja!

Na koniec zamontowałam nową deskę klopową – taką luksusową, co to wolno opada ;))). Rezultat widać na zdjęciu.

wc przed i po

Ja jestem zadowolona (zwłaszcza z tego, że to koniec następnego etapu).
Teraz sąsiad (stolarz) montuje nam drzwi przesuwne do sypialni.

A od poniedziałku zaczynam malowanie przedpokoju.

Z papierami już koniec

Bitwa skończona. Działalność zamknięta, ZUS załatwiony, US także. Z dniem dzisiejszym. W sześciu pudełkach opatrzonych stosownymi napisami: 2011, 2012, 2013, 2014, 2015 i 2016 leżą w ostatnich czeluściach szafy, na ostatniej półce, dokumenty finansowe z tych lat. Z dziką satysfakcją będę wyrzucała kolejny co roku…

W urzędzie miasta zamknięcie działalności trwało 5 minut (miałam wypełniony druk). Potem podjechałam do ZUS-u, gdzie siedziałam (prawie bez kolejki) 15 minut tylko dlatego, że pani podawała mi swoje sprawdzone przepisy na napoje alkoholowe, polecane przez nią na takie upalne dni. Sprowokowałam ją – przyznaję się bez bicia – stwierdzeniem, że – jak już wszystko załatwię, to się spiję. No i ona mi wtedy te przepisy… 

Do urzędu skarbowego się nie wybierałam (dla mnie każda wizyta tam to hartcor, więc chciałam zostawić na osobny dzień), ale – rozochocona przez panią od drinków – pomyślałam, że spróbuję! I dobrze zrobiłam, bo trafiłam w okienku na przemiłego pana urzędnika. Ten mi co prawda drinków nie proponował, ale z całą życzliwością podyktował co i gdzie mam napisać, co podpisać, ile i kiedy wpłacić – i pożegnał z miłymi życzeniami przyjemnej emerytury.

Nawet pogoda mi sprzyjała. Było chłodno, ale nie zimno, gdy wychodziłam z domu. Deszcz padał wtedy, gdy siedziałam w pałacu ZUS-u, a potem zrobiło się przyjemnie ciepło, ale rześko – jak to po deszczu.

Teraz jeszcze uprzątnąć bałagan, który się sam zrobił po przywleczeniu różności z pracy do domu. Potem tylko zmieść interes z powierzchni ziemi…, ale to już w końcu sierpnia…

Teraz planuję wyjazdy. Do jednej koleżanki nad morze na 3 dni, a potem do Przyjaciółki też nad morze, ale do innej miejscowości na tydzień. Już się cieszę. 

zachód słońca nad morzem