Nadzieja na koniec

Jak ja się cieszę, że trafiłam na dobrego radcę prawnego! To znaczy – najpierw, z polecenia, trafiłam do jego szefa, a potem młody przejął moje sprawy. Młody jest pełen energii, jeszcze się nie wypalił w pracy – jestem z niego bardzo zadowolona.

Jak ważny jest dobry prawnik, to chyba nikogo nie muszę przekonywać. Zwłaszcza, że mam złe doświadczenia z innymi w przypadku mojego najstarszego syna (prowadzili jego sprawy alimentacyjne i podział majątku). Prawnicy mojego syna w porównaniu do mojego to lenie i darmozjady, nie doprowadzający zresztą do finału korzystnego dla swojego klienta.

 Ale wracając do mojego radcy. Facet przez ostatni rok bardzo mi pomógł, ale przede wszystkim bardzo dobrze zastępował mnie we wszystkim, prowadząc moje sprawy spadkowe. Dzięki niemu wcale nie musiałam oglądać WP (wstrętnego pasożyta czyli mojej siostry) i oszczędziłam sobie tym dużo stresu. Nie mówiąc też o tym, że bardzo sprawnie poprowadził sprawę, która była prawie nie do przeprowadzenia, biorąc pod uwagę WP. Biedny, nierzadko nie spał po nocach, nękany pismami i sms-ami przez prawniczkę WP. W końcu poprzedni kupujący mieszkanie po rodzicach się wycofali, ale pośrednikowi udało się znaleźć następnych kupujących. Udało się też (dzięki mojemu radcy) w końcu sporządzić umowy satysfakcjonujące wszystkie strony i dzięki temu, w tym tygodniu została podpisana umowa przedwstępna sprzedaży, uwzględniająca należności WP wobec mnie. Termin podpisania ostatecznej umowy to 22 kwietnia br. Może być wcześniej pod warunkiem, że WP opróżni mieszkanie (kompletnie zagracone) – w co jednak serdecznie wątpię. 

Tak, że tylko trzymać kciuki.

 

Tłusta niedziela

Żle się czuję. I nie wiem, czy mam takie niezwyczajnie niskie ciśnienie, bo się źle czuję, czy źle się czuję, bo mam takie niskie ciśnienie.

Ma na to też pewnie wpływ to, że źle śpię. Trudno mi zasnąć, a jak rano się obudzę, to już nie ma mowy, żebym – tak jak wcześniej – przekręciła się na drugi bok i spała dalej. Tutaj akurat znam powód, bo sprawa z WP (wstrętnym pasożytem czyli moją jeszcze siostrą) oczywiście nie ma końca. Kręci i ona, i jej prawniczka tak, że prawdopodobnie (a właściwie na pewno) nie ma szansy, żeby się wyrobić ze sprzedażą mieszkania do czwartku. To termin, w którym kupujący mieli przedstawić umowę kupna/sprzedaży w banku. Posunęłam się nawet do tego, że zadzwoniłam w piątek do biura nieruchomości, które przeprowadzać ma tę transakcję i poprosiłam szefa tego biura o porozumienie się z WP, bo może ta jej prawniczka kręci jakieś osobne lody i nie informuje WP o moich posunięciach. Opowiedziałam mu o warunkach ugody, której podpisania z jej strony nie mogę się doczekać. Facet powiedział, że do niej zadzwoni, ale rezultatów tej mojej rozmowy nie ma do dziś.

Nie dziwne jest więc, że sprawa spędza mi sen z powiek. Usiadłam i od nowa policzyłam skład masy spadkowej – teraz nie pomijając niczego, bez żadnych sentymentów. Wyszło mi, że WP będzie miała (po założeniu sprawy sądowej) mi do spłacenia więcej o 40 tys. + wszystkie opłaty sądowe, zapłaty dla rzeczoznawców, opłacenie mojego adwokata itp.  Jak nie chce polubownie zapłacić minimum tego, ile żądałam, to zapłaci wszystko i nie będę się oglądała na nic. Fakt, że trochę to potrwa i będę musiała ponieść trochę kosztów i zachodu, ale mnie się nigdzie nie spieszy i pilnie nie potrzebuję tej kasy. A ona naprawdę pożałuje, że jest taka pazerna i wydaje jej się, że mnie wyroluje.

Poza tym w niedzielę była moja Przyjaciółka i wybraliśmy się w trójkę (z moim mężem jeszcze) do kina na „Sztukę kochania”. Ja kupowałam bilety przez internet na seans o o godzinie 19.00 i wszystko było cudnie do momentu, w którym znaleźliśmy się w kinie. Przed wejściem na salę okazało się, że kupiłam bilety na ten sam seans, do kina o tej samej nazwie, ale położonego w drugim końcu miasta (dobrze, że nie w innym mieście!)! Szybko następna taksówka (było wesoło) i do kina właściwego! Doszliśmy do wniosku, że zdążymy na film, bo przecież te reklamy na początku nie mają końca… I rzeczywiście: bileter już czekał tylko na nas przed wejściem do kina, siedliśmy i za 10 minut (dopiero!) zaczął się film.

Film był fajny (właściwie powinnam napisać interesujący), ale do teraz nie mogę się pozbyć wizji ruszających się białych pośladków Piotra Adamczyka (nie lubię tego aktora!). Nic to – może mi przejdzie… ;))) Co ciekawe – pośladki Eryka Lubosa mi tak nie przeszkadzały…

scena łóżkowa

Na cześć wizyty mojej Przyjaciółki usmażyłam też faworki, bo – co prawda – tłusty czwartek w przyszłym tygodniu, ale my zrobiliśmy już sobie tłusty czwartek półtora tygodnia wcześniej!