Wspomnieniowo



Gdyby ktoś rozpisał konkurs na najbardziej oryginalne otoczenie świąteczne (chodzi o wielkanocne – oczywiście!), to pewnie zdobyłabym jedno z czołowych miejsc!


Było to w najbardziej przełomowym dla mnie roku, w którym kończyłam 40 lat. Ale nie dlatego był przełomowy – przełomowym był dlatego, że właśnie w roku tym zdecydowałam się definitywnie na odejście od mojegowtedyjeszcze męża.

Odeszłam pod sam koniec roku, a tymczasem mamy jednak jego początek.

 

Muszę tu zaznaczyć, że mieszkałam wtedy w niewielkim miasteczku, na jego obrzeżach. Miałam tuż pod oknem imponującą, ogrodzoną i bardzo dobrze zagospodarowaną działkę, na której stał i namiot foliowy, i garaż. Zawsze uwielbiałam prace w ogrodzie, z ogrodu miałam całoroczne zaopatrzenie domu w warzywa i owoce. Dodam, że nikt w domu raczej nie podzielał mojej pasji do ogrodnictwa, nikt mi nie pomagał, ale też ja byłam młoda i silna. No i hołdowałam wtedy (o ja głupia!) zasadzie, że sama zrobię wszystko najlepiej…


Jesienią poprzedniego roku wpadłam na genialny pomysł, że – skoro mam w ogrodzie kawałek sadu – fajnie byłoby mieć kurki. Chodziły by sobie pod drzewkami, znosiły by takie zdrowe, świeże jajka… A żeby mieć kurki, to trzeba zakupić kurczaki. Ponieważ chciałam docelowo mieć 25 kurek, trzeba było kupić 50 kurczaków (bo z połowy wyrosną kogutki). Planowałam te koguty wybić, jak dorosną, jesienią, na mięso, a kury hodować dalej.


Kto się zna, ten wie, że kurczaczki trzeba zamówić jesienią, żeby je dostać wczesną wiosną (jak najwcześniej, żeby do jesieni już wyrosły). Dostaje się je jednodniowe, czyli takie jak na wielkanocnych karteczkach – żółciutkie, malutkie i puchate… Potem trzeba je do ok. 3 miesięcy pielęgnować – przede wszystkim muszą mieć ciepło. Dlatego jakiś czas trzeba je trzymać w domu pod specjalną lampą grzewczą, a potem – planowałam – przenieść je do garażu, także pod taką lampę i tam by czekały do 18 st.C na zewnątrz. Oczywiście trzeba je karmić odpowiednią paszą i dawać czystą wodę do picia.


Nie zaplanowałam jednak tego, że idąc do pracy na początku stycznia, złamię sobie na chodniku ślizgawce przyprószonej świeżym śniegiem nogę, ze skomplikowanym naderwaniem więzadeł…


noga w gipsie

 

Pogotowie, szpital, nastawianie nogi pierwszy raz, na drugi dzień nastawianie nogi drugi raz… Noga w gips od palców do pachwiny i do domu!

I to leżenie, bo chodzić jakkolwiek ciężko – gips w takich ilościach swoje waży… Niczego (kawa, herbata) w ręku nie przeniesiesz, bo możesz tylko skakać (i się wylewa). W ogóle jesteś do niczego dla domowników (jak zbędny mebel), bo tylko leżysz i nic nie robisz… Przeważnie śpisz, a gdy zadzwoni jakiś  telefon (wtedy, 23 lata temu, telefon w domu to nadal rzadkość, a o komórkach nikomu się jeszcze nie śniło), to cieszysz się jak głupia…


I w takiej sytuacji przyjeżdża do domu transport z 50 kurczaczkami (jednodniowymi – oczywiście). Szybka organizacja kartonów, instalowanie lampy – wszystko to w rogu dużego pokoju, w którym poleguję – muszę mieć na te drobiazgi oko. Trzeba jednak to karmić i poić jakoś…

 

kurczaki w domu

 

I tak sobie żyję z tymi kurczaczkami (mójjeszczewtedy mąż w pracy, dzieci w szkole), dni i tygodnie lecą, kurczaki coraz większe. Na moje nieśmiałe prośby, żeby je przenieść do garażu słyszę, że przecież w domu mi łatwiej doglądać, bo do garażu musiałabym jednak kilka razy dziennie kawałek dochodzić… Nikomu do głowy nie przyszło, żeby mnie w tym wyręczyć! Dowiedziałam się, że to był mój obowiązek i – jak chciałam kurczaki – to proszę! Nikomu też (oprócz mnie) nie przeszkadzało w mieszkaniu, w dużym pokoju, stadko 50 (wyrośniętych już i nawet potem opierzonych) kuraków!


I tak, w tych prześlicznych okolicznościach przyrody, w otoczeniu naturalnych zapachów fermy kurzej, przyszły w połowie kwietnia święta wielkanocne…


życzenia wielkanocne

A potem przyszła wiosna. Zapanowało miłe ciepełko i rodzina ulitowała się nad stadem, które już prawie w całości zaanektowało pokój. Przeniesione zostały w końcu do garażu, a ja musiałam tam do nich chodzić. Przychodziło mi to z trudem (w gipsie byłam do lipca), więc bywałam czasem jednak wyręczana. Oczywiście skończyło się to znacznymi ubytkami kurcząt, ale cóż…

Jak to z moim mieszkaniem było

Widzę, że muszę dopowiedzieć historię mojego byłego mieszkania, bo w komentarze wkradają się fałszywe wnioski.

Gdy jeszcze byłam żoną mojego byłego (ale już nie szczęśliwą), w moim zakładzie pracy (budowlanka) zawiązała się grupka osób, chcących założyć spółdzielnię mieszkaniową i wybudować mieszkania. Wszystko było robione czynem społecznym, dopóki ogrom papierów wszystkich nie przytłoczył. Zaczęły się też zwolnienia w naszej pracy i ja wyleciałam w pierwszym rzucie. Wtedy też dostałam etat administracyjny w naszej spółdzielni (potem awansowałam na prezesa). Mieliśmy już wtedy zamieszkany pierwszy blok, za chwilę miał być oddany nowy. 

My (tzn. ja, były i czworo dzieci) mieszkaliśmy w malutkim dwupokojowym mieszkaniu służbowym mojego byłego i koledzy ze spółdzielni zaproponowali mi, żebym napisała wniosek o przydział mieszkania w tym drugim bloku. Okazało się, że zwolniło się jedno mieszkanie trzypokojowe i właśnie na nie dostałam przydział.

To były czasy spółdzielni lokatorskich (nie własnościowych), w których obowiązywała wpłata własna 10% wartości mieszkania – resztę na kredyt dostawała spółdzielnia od państwa (oczywiście było wiele zwolnień i udogodnień wtedy dla takich spółdzielni, ale o to mniejsza). No i trzeba było jakoś ten wkład uzyskać. Wtedy pomogli mi rodzice (to był cud, bo nie byli skorzy nigdy do takiej pomocy) i scedowali książeczkę mieszkaniową siostry na mnie (ona miała wielkie mieszkanie po teściowej). Tym sposobem, po niewielkiej dopłacie, mogłam się stać dumną posiadaczką 3-pokojowego mieszkania lokatorskiego w stanie deweloperskim – jak by to dzisiaj się nazywało.

Wtedy też trzeba było samemu wszystko do wykończenia zakupić, zainstalować, położyć itp. Miałam fory, bo pracowałam z budowlańcami i wszelkiego rodzaju fachowców miałam pod ręką, a poza tym byłam prezesem… Ponieważ w życiu już wcześniej przeprowadziłam wiele drobnych remontów, sama tapetowałam, malowałam, kładłam kafle na podłodze. Miałam też czas, ponieważ moja praca nie była określona czasowo – po prostu musiało być wszystko zrobione i dopilnowane. Gdybym też patrzyła na pomoc mojego byłego, to chyba byśmy się też tam chyba nigdy nie wprowadzili – już wtedy okazywało się powoli, że ten facet to leser (ale to temat na inne opowiadanie). 

Po czterech latach pieszczenia, meblowania i dekorowania przeze mnie mieszkanka – zostawiłam wszystko, spakowałam swoje majtki i biustonosze, i odeszłam w siną dal. Powody zostawienia przeze mnie tego wszystkiego to także temat na inne opowiadanie, ale zostawiłam i nigdy potem nie żałowałam tego kroku.

Starsi synowie byli już wtedy w internatach w mieście, w którym teraz mieszkam i nie planowali swojej przyszłości w tamtym miasteczku. Z byłym został najmłodszy i córka. Za rok zresztą i oni dołączyli do nas – córka zamieszkała do matury w internacie, a syn mieszkał ze mną rok na sublokatorce. Wszyscy byliśmy oczywiście nadal zameldowani w starym mieszkaniu. Ale były mieszkał tam sam, dopóki synowi się nie znudziły moje porządki i wymagania (miał się po prostu uczyć) – wrócił do ojca i rzucił szkołę w ogóle. Córka zaś wróciła do tamtego miasteczka po maturze, w ciąży.

W tak zwanym międzyczasie rozwiodłam się z byłym, czego konsekwencją było prawdopodobnie przepisanie przydziału mieszkania na niego. Jest taki przepis, który mówi o tym, że małżonkowie po rozwodzie mają ustalić, czyje jest mieszkanie, bo członkami spółdzielni lokatorskiej może być tylko jedno z nich. A ponieważ mnie nie było tam na miejscu (wtedy już mieszkałam i pracowałam za granicą), a były od kilku lat był zatrudniony jako prezes tej spółdzielni, więc przypuszczamy, że musiał to mieszkanie przepisać na siebie. Ale nie wiemy na pewno, bo i też od kogo mamy się dowiedzieć? On nic nie powie.

Nie robiliśmy też podziału majątku, bo mnie za bardzo nie zależało (a jemu tym bardziej). W końcu to ja odeszłam, a na mieszkaniu zostały dzieci, to co – miałam im to odebrać?

Najpierw ja się stamtąd wymeldowałam, gdy wyszłam powtórnie za mąż. Potem wymeldował się najstarszy syn, bo kupił sobie mieszkanie z ówczesną dziewczyną (na kredyt frankowy). Następny był syn średni – zakupił także na kredyt mieszkanie dla swojej rodziny. Teraz córka z przyszłym zięciem kupują mieszkanie (także na kredyt, ale złotówkowy) i córka z wnuczką wymeldują się pewnie z tamtego mieszkania. 

W końcu były stracił tam pracę i przeniósł się do naszego miasta, do drugiej babci mojej wnuczki (spiknęi się ;))), a osiem lat temu najmłodszy syn się ożenił i zamieszkał w tym mieszkaniu z żoną. Aktualnie mają też dwoje małych dzieci.

Reasumując: zameldowany jest tam aktualnie mój były, najmłodszy syn z rodziną i jeszcze córka z wnuczką.

Najmłodszy syn z synową zaprowadzili tam swoje porządki, wyrzucając wszystkie nie ich rzeczy do piwnicy (mam nadzieję, że tylko tam). Łącznie z rzeczami byłego. Nie mówiąc o innych rzeczach (w tym dokumentach) całej rodziny. Po latach nie mieszkania tam byłego nawet im się pewnie nie śni, że mogliby tam jeszcze kiedyś z kimś zamieszkać. Podejrzewamy nawet, że były czynsz za to mieszkanie ciągle jeszcze płaci, chociaż podobno i zamek najmłodszy wymienił, i ojcu klucza nie dał (były dojeżdża tam dwa razy w tygodniu do pracy – prezesuje, jak ja kiedyś, tylko na pół etatu). Do tego nasze nieśmiałe pytania do syna o status tego mieszkania skończyły się na wiosnę awanturą, w której ja i pozostali synowie zostaliśmy obrzuceni obelgami. Dostaliśmy prikaz, żebyśmy się nie wp******ali w ich życie i zostawili ich w spokoju, bo nam spuszczą w****dol tak, że się nie pozbieramy. Tak się „odwdzięczył” syn za to, że zajmuje mieszkanie, na które nie musiał zapracować, do tego ma tam naszą dużą działkę (działka jest współwłasnością moją i eksa) i nie jest obciążony żadnym kredytem (jak rodzeństwo). Oczywiście najmłodszy z rodziną jest w tej chwili dla nas „persona non grata”. Nie był zaproszony na wesele najstarszego i teraz na ślub córki także. Nie chcemy mieć z nim do czynienia. Jakie ma stosunki z moim byłym, czyli swoim ojcem – nie wiemy.

Kiedyś z tym mieszkaniem (i działką) będzie jeszcze większy cyrk, ale nawet nie chce mi się o tym myśleć. Chyba, że były został namówiony przez najmłodszego na przepisanie formalnie na niego tego mieszkania – wtedy pewnie reszta niczego nie wskóra.

Tak więc byłego raczej nikt (a zwłaszcza ja) nie pragnie wymeldować. Do tego mieszkania ma największe prawo i – szczerze mówiąc – jak przejdzie na emeryturę, to tam powinien wrócić. I jeszcze najmłodszy z synową powinni się nim zaopiekować do śmierci – za to mieszkanie!

Nie wiem, czy rozjaśniłam nieco sytuację, ale to wszystko jest tak zawiłe, że sama nie dowierzam, że to się działo i dzieje!

Czuję się jak na karuzeli (cz.II)

Najpierw będzie małe wprowadzenie.

Moja córka została matką w wieku lat 18. Nie chciała wyjść za ojca dziecka, bo widziała jak ten się zachowuje w stosunku do swojej matki i pomyślała, że to źle rokuje. Urodziła wnuczkę, mieszkajac w mieszkaniu ze swoim ojcem i najmłodszym bratem w małym mieście. Wnuczkę moją, a swoją córkę tatuś odwiedzał bardzo rzadko, ale za to często odwiedzała ich jego matka, czyli druga babcia mojej wnuczki. Dodam, że także kobieta samotna (rozeszła się z mężem, gdy ich jedyny syn, a ojciec mojej wnuczki skończył 18 lat).

Druga babcia bardzo zaangażowała się w „babciostwo”, mimo że musiała do wnuczki pokonać ok. 100 km w jedną stronę. Moje dzieci – córka i syn – nawet mieli jej za złe, że się w ich domu szarogęsi, bo bywała często i wszystko im przestawiała. No, ale po jej wyjeździe znowu pozaprowadzali swoje porządki.

I w końcu mój były i druga babcia się spiknęli ze sobą. A moje dzieci były tym strasznie zaskoczone i nawet oburzone. Pamiętam ich rozważania, że gdyby druga babcia zaciążyła, to ich dziecko kim by było dla mojej wnuczki czy córki? Wszyscy uważaliśmy zresztą zawsze, że to chory układ…

Córka po 3 latach przeprowadziła się do mojego miasta, zaczęła studiować (i skończyła), a wnuczka poszła do przedszkola. Mieszkały w wynajętych mieszkaniach przeważnie z koleżankami córki, ostatnie 7 lat w jednym dwupokojowym same. Podobnie wynajmował mieszkanie średni syn, który także zakotwiczył w moim mieście. Najstarszy także tutaj się sprowadził po wojsku i z dziewczyną wzięli mieszkanie na kredyt we frankach. Najmłodszy się zaręczył z dziewczyną z gór i mieszkał (i mieszka)z nią dalej w naszym starym mieszkaniu. Początkowo z ojcem, czyli moim byłym.

Po czasie mój były stracił pracę, ale zaraz się zatrudnił w moim mieście. Oczywiście przytuliła go druga babcia. Mieszkała już wtedy sama w dużym trzypokojowym mieszkaniu po swoich rodzicach, bo jej syn (a ojciec mojej wnuczki) wyjechał ze swoją aktualną dziewczyną do Holandii. Przysyłał alimenty, a druga babcia rozpieszczała wnuczkę, dopóki mojemu najmłodszemu synowi nie urodził się syn – teraz na niego przelała swoje uczucia.  Dwa lata temu zaginął bez wieści ojciec mojej wnuczki i nie wiadomo, co z nim do tej pory. Alimenty na wnuczkę płaciła dalej druga babcia. Obiecała też jej, że dostanie ona po niej ich rodzinne mieszkanie. 

Podsumowując: mój były z drugą babcią byli ze sobą (i mieszkali) koło 15 lat. Do poniedziałku.

W poniedziałek umarła druga babcia (mój rocznik). Dla wszystkich to był szok, chociaż ostatnie miesiące prawie ciągle spędzała w szpitalu. Jednak przez ostatnie dwa lata schudła strasznie (o połowę) do czterdziestu kilku kg. Nie była to chyba jednak śmierć tak nagła – można się było tego spodziewać.

Schody zaczęły się w zakładzie pogrzebowym. Mój były i moja córka nie mogli załatwić pogrzebu, bo są osobami obcymi (były nie wziął z nią ślubu i nawet nie był zameldowany w jej mieszkaniu). Wtedy mój były przypomniał sobie o mężu drugiej babci, który prawdopodobnie nie jest jej byłym. Mąż się odnalazł, okazał się być aktualnym ślubnym i można było załatwić pogrzeb.

W telefonie drugiej babci córka odnalazła sms-a, w którym jakaś kobieta informowała ją o podniesieniu haraczu za mieszkanie. Już mieliśmy nadzieję, że to może druga babcia ukrywała swojego syna i wynajmowała mu jakieś mieszkanie. Jednak po spotkaniu z kobietą od sms-a okazało się, że ten czynsz jest za mieszkanie drugiej babci. Dwa lata temu sprzedała ona tej kobiecie swoje mieszkanie i mieszkała w nim dalej, płacąc czynsz haracz. Sprzedała mieszkanie (zreszta za połowę wartości) pewnie po to, żeby spłacić je siostrze po rodzicach (ona się tego domagała i doprowadziła nawet do licytacji komorniczej). Córka znalazła w papierach akt notarialny i wszystko się zgadza. Ustaliły, że mieszkanie będzie jeszcze wynajęte do końca grudnia. Do tej pory trzeba wszystko wynieść i mieszkanie opuścić.

Córka znalazła też w telefonie numer do siostry drugiej babci i zadzwoniła do niej, informując ją o pogrzebie siostry. Tamta, cała w szoku, ale zastrzegła (diabli wiedza dlaczego), żeby nie dochować drugiej babci do rodziców (tak właśnie ma być). Zdziwiona, że moja córka zapłaciła za 20 lat za grób (bo kto miał zapłacić?) i strasznie chciała jeszcze zobaczyć siostrę, bo nie wierzy, ze ona nie żyje. Niestety – jest to niemożliwe. Moja córka powiedziała jej, że jak przez ostatnie dwa lata nie miała na to czasu, to i teraz może sobie odpuścić.

Jeszcze co do mieszkania. Od 1 stycznia mój były będzie na bruku. Powiem, że spodziewałam się tego. Tak to jest, jeżeli się nie dba o swoje interesy, nie rozmawia o sprawach istotnych z tym, z kim się mieszka tyle lat. Były jest zameldowany w naszym byłym trzypokojowym mieszkaniu, ale po pierwsze mieszkanie to jest oddalone od jego obecnego miejsca pracy prawie 100 km, a do emerytury były ma jeszcze 4 lata. A po drugie – on tam nie pójdzie mieszkać, bo mieszka tam nasz najmłodszy syn z żoną i aktualnie z dwójką dzieci, to co się będzie tam wpychał (to jego słowa)…

Ponieważ córka z prawie-mężem właśnie kupują mieszkanie, to kombinują, żeby były zajął i dalej wynajmował jej mieszkanie. Zarabia tyle, że go będzie na to stać. Ale jak będzie – zobaczymy.

Córka po przyjeździe od koleżanki z Norwegii będzie miała kupę roboty z porządkowaniem ciuchów i papierów po drugiej babci. Jak znamy mojego byłego, a jej ojca, to palcem w tej materii nie kiwnie. Potem córka będzie miała sajgon z przeprowadzkami. A po drodze jeszcze ślub.

I czy ktoś się jeszcze dziwi, że – gdy rozmawiam z córką – mojego męża zaczyna boleć głowa (mnie już też czasami)? Bo przecież to, o czym napisałam, to nie wszystko – szczegóły pominęłam, chociaż są także ciekawe…

Na szczęście z moim aktualnym mężem nie mam problemów niedogadania. Wszystko o sobie wiemy i mamy wszystko ustalone. Inwentaryzacja wspólnych dóbr zrobiona, testamenty popisane. No i staramy się dbać o zdrowie, żeby jednak jakiekolwiek problemy oddalić w czasie.

Historia pewnej przyjaźni

Miałam kiedyś przyjaciółkę. Młodsza ode mnie, moja imienniczka, poznana w pracy. Moje młodsze dzieci w wieku jej córki (zresztą także imienniczki mojej córki).

Gdy ją poznałam, R. była już jakiś czas po rozwodzie z pierwszym mężem (z którym miała córkę) i chyba 3 lata po ślubie z drugim (z którym miała syna). Mieszkali w mieszkaniu zakładowym w naszym mieście i wtedy jeszcze nie byłyśmy ze sobą bardzo związane. Nasza przyjaźń zaczęła się właściwie wtedy, gdy od R. odszedł mąż (ten drugi). Próbowała sobie ona wtedy jakoś poradzić, ale była w trakcie załatwiania alimentów od drugiego, pierwszy wcale nie płacił – dość, że nie zdołała utrzymać mieszkania i wyprowadziła się do rodziców do sąsiedniego miasta. Tam też dostała pracę i pracuje tam do dzisiaj.

Bywałyśmy u siebie bardzo często. Przyjeżdżała do nas z dziećmi na weekendy – nasze dzieci świetnie się razem bawiły, a i my nie mogłyśmy się nagadać. Zawsze jeden miesiąc wakacji spędzałyśmy we dwie z dziećmi w dziczy, z namiotami. Cały miesiąc łowienia ryb, chodzenia do wsi po zakupy (parę dobrych km), palenia ogniska, śpiewów przy ogniu, opalania, pływania. Totalny luz i wypoczynek. Wracałyśmy spalone słońcem, wypoczęte i naładowane energią.

I wszystko było super, dopóki nie zdecydowałam się na wyprowadzkę z domu. Ja się wyprowadziłam z domu, a R. z mojego życia. Raz tylko jeszcze przyjechała mnie odwiedzić z dziećmi (u mnie też były wtedy moje dzieci) i potem słuch po niej zaginął.

Gdy dzwoniłam do niej do domu (wtedy jeszcze nie było komórek), jej matka zawsze mówiła, że R. nie ma w domu. W końcu, gdy złapałam ją telefonicznie w pracy, powiedziała mi, że matka zakazała jej kontaktów ze mną. A ponieważ mieszka u niej – musi się podporządkować. Pytałam dlaczego. Przecież jej matka zawsze mnie lubiła. Okazało się, że jej matka (bardzo święto***liwa kobieta) ma mi za złe, że zostawiłam męża i dzieci. Jeszcze męża, to ok – trudno, ale dzieci? Co za matka zostawia dzieci i idzie sobie z domu???

R. wiedziała, dlaczego tak zrobiłam. Znała bardzo dobrze sytuację i rozumiała. Przecież wiedziała, że odchodzę na wynajęty pokój. Dzieci nie mogłam narażać na poniewierkę. Zwłaszcza, że żadnej kasy od byłego bym nie wyciągnęła na dzieci, bo zarabiał bardzo mało. A mieszkanie całe mu zostawiłam (i dzieciom). Mieszkanie kupione za kasę w większości moich dziadków. Ja jeździłam raz w tygodniu do dzieci i pomagałam im w domu (uczyłam prać, gotować, sprzątać), a dzieci w weekend przyjeżdżały do mnie.

R. tłumaczyła swojej rodzicielce, ale do niej nic nie przemawiało. Dla niej matka nie ma prawa zostawić dzieci z nawet najlepszym ojcem (bo taki był były), bo co to za matka? R. po każdym rozejściu się z mężem (pierwszym i drugim) wracała z dziećmi do rodziców, bo i chętnie ją przyjmowali, i mieli warunki w swoim wielkim domu. A ja gdzie miałam iść z dziećmi?

I tak to przyjaźń wielka się zakończyła, bo R. nie odważyła się przeciwstawić matce. I nawet nie odważyła się prowadzić ze mną potajemnie rozmów z pracy.

Jeszcze do zeszłego roku wysyłałam R. życzenia z okazji świąt, urodzin i imienin (na mailowy adres pracowy), ale nigdy nie odpowiedziała. W tym roku odpuściłam na zawsze. Trudno.