Filmik z wyprawy

Zdołałam na razie zrobić jeden filmik z naszej wyprawy na Teneryfę. To zbiór najładniejszych zdjęć i fimików, tam zrobionych. Oczywiście – nie uwzględniłam tu zdjęć prywatnych (z wiadomych względów), chociaż jest dużo naprawdę atrakcyjnych.

Teraz zabieram się do przerabiania filmów tematycznych – może jeszcze jakieś będę mogła tu wstawić, ale tymczasem musi to wystarczyć.

Jestem leniwa

I doprawdy trudno mi tutaj to lenistwo ukryć. Nie chce mi się nic – nawet pisać. A przecież mam co…

Zeszły weekend spędziłam we Wrocławiu. Bo jakiś czas temu nawiązałam kontakt z koleżanką z technikum, która tam teraz mieszka.

A tak w ogóle, to ja zaczęłam technikum 4 -letnie w jednej miejscowości, w połowie klasy III (przedmaturalnej) przeprowadziłam się i cofnięto mnie do II klasy technikum 5-letniego (inny profil). Całe szczęście, że poszłam rok wcześniej do szkoły, bo w rezultacie skończyłam tę inną szkołę z moim rocznikiem i w innym mieście dwa lata później.

I ta koleżanka z Wrocławia to z tego pierwszego technikum. W czasie mojego pobytu we Wrocławiu w maju tego roku, spotkałam się z tą koleżanką chwilę przejazdem na dworcu, a potem kontaktowałyśmy się z lekka telefonicznie. I umówiłyśmy się na zorganizowanie spotkania jesienią z całą naszą grupą (było nas wtedy 7 przyjaciółek).

To było rewelacyjne spotkanie, na które dojechało nas sześć. Naprawdę nie spodziewałam się, że po 47 latach nie widzenia, można się tak dobrze czuć ze sobą, że można mieć wspólne tematy i nie móc się nagadać! Siedziałyśmy w kawiarni i wszystko było dobrze, dopóki nie zaczął się dansing. Potem wydzierałyśmy się do siebie, aż w końcu o północy poszłyśmy do domu jednej z nich. Tam jeszcze plotkowałyśmy do 2 w nocy, po czym pojechałyśmy do hotelu. A na drugi dzień do domu.

47 lat później

Gardła wszystkie po tym miałyśmy zdarte, byłyśmy niewyspane, zmęczone, ale zadowolone i postanowiłyśmy powtórzyć spotkanie na wiosnę w miasteczku, w którym się uczyłyśmy. Postaramy się także zaprosić więcej osób z klasy – może się skuszą.

Nie mogę się też jakoś zebrać, żeby zrobić filmy ze zdjęć z urlopu. Ciągle odkładam to na “jutro”. Jak już napisałam – jestem leniwa…

Późno (bardzo późno) wstaję, ciągle dużo czytam i naprawdę na nic więcej nie mam natchnienia.

Siedem oprócz radości

Jeżeli skuszę się na jakiś film w kinie, to przecież nie musi to być od razu film psychologiczny – prawda? Lubię przecież lekkie komedie, naiwne romantyczne filmiki o miłości, durne filmy, w czasie których można się śmiać całym człowiekiem… Lubię nawet nieco fantastyki, takiej delikatnej – bez przesady, ale żeby COŚ TAKIEGO???

Życie i bez filmów psychologicznych jest ciężkie, skomplikowane i pełne zasadzek. Po co to jeszcze roztrząsać i na dodatek płacić za to niemałą kasę?

A może ja jestem już za stara, żeby się śmiać z niektórych rzeczy? Może zbyt serio biorę życie, może zbyt biorę wszystko do siebie?

To już drugi raz, kiedy to niespodziewanie dla mnie, znalazłam się w kinie na dramacie (pierwszy był Juliusz” – spodziewałam się, że idę na komedię). Zaskoczenie było tym większe, że spoty reklamowe wprost ryją ze śmiechu…, spodziewałam się więc po filmie “7 uczuć”, że pewna dawka radości mnie nie ominie. W kontekście filmu jednak nawet to, co mogłoby się wydawać przedtem śmieszne – nie pobudzało mnie jakoś do śmiechu.

A w drugiej połowie filmu już tylko wycierałam ukradkiem łzy, bojąc się, że ktoś zauważy i się mocno zdziwi.

Bo zobaczyłam nagle w tym obrazie siebie w tym wieku, siebie w szkole, w domu. Nagle utożsamiłam się z kilkoma bohaterkami tej historii. I zaczęłam sobie współczuć, zaczęłam się złościć wewnętrznie na swoje dzieciństwo i całą jego otoczkę. I tak – też miałam wtedy myśli samobójcze z podobnych powodów, także czułam się nierozumiana, wykorzystywana, niedoceniana i niekochana To wszystko wróciło do mnie w czasie projekcji filmu jak bumerang i na koniec już łzy leciały mi ciurkiem…

Teraz już na zimno spostrzegłam, że jeżeli film ogarnia takie fakty, to przecież nie mogą być one jednostkowe. Nie tylko ja musiałam mieć takie spaprane dzieciństwo, bo przecież Marek  Koterski na ten temat ze mną nie rozmawiał. Musiał to wszystko wyciągnąć ze swojej pamięci lub opowiadań innych… Zresztą sama pamiętam moje zdziwienie, kiedy okazało się, że moje przeżycia z tamtego czasu są podobne do przeżyć wielu moich rówieśników (myślałam, że to tylko ja mam takie życie). Taki to podobno był czas (lata 50-60) i stosunek rodziców do dzieci.

I ten początek filmu, który zaczyna się na sesji u psychologa… Czyżby rzeczywiście dzieciństwo miało taki olbrzymi wpływ na nasze późniejsze zachowania, relacje, całe życie? Jeśli tak, to chyba się cieszę, że całkiem jeszcze nie zwariowałam. Że udaje mi się czasami utrzymać jakieś pozytywne relacje z ludźmi…

Ale nie chcę wracać do tego, co było pięćdziesiąt lat temu – nawet, a może zwłaszcza  prowokowana filmem.

I obiecuję sobie solennie, że przed pójściem do kina na następny film, dokładnie przeczytam wszystkie recenzje. I dopiero wtedy zdecyduję. Nie wcześniej.

 

wszyscy jesteśmy źle wychowani

Przed wylotem

Aż musiałam wrócić do mojego bloga i sobie przypomnieć swoje odczucia przed wyjazdem w zeszłym roku. I okazało się, że ponownie tak samo to przeżywam. Jestem w totalnej rozsypce, mam lekką trzęsionkę, boli mnie brzuch i najchętniej zaszyłabym się w mysiej dziurze!  Znowu będę musiała się ratować alkoholem???

 

Teneryfa

Oczywiście – jeszcze nie jestem spakowana i pewnie spakuję się dopiero, jak przyjedzie Przyjaciółka. No – nie mogę się ogarnąć i już.

Niby to nie pierwszy raz i powinnam to mieć opanowane, ale jednak tak nie jest.

Z nerwów przed niedzielą zrobiłam gruntowne porządki (z myciem okien). Poprałam wszystko, co się dało. Jutro jeszcze idę do fryzjerki podciąć włosy i do maniciurzystki zrobić pazury. Jeszcze w tzw. międzyczasie czytam “Hashtag” Mroza, bo przed wyjazdem mam termin zwrotu. Przed tą książką przeczytałam też “Noc ósmą” (Sebastian Fitzek) i to kolejne książki o tym, że internety kiedyś się na nas zemszczą… ;))) [to temat na rozwinięcie, ale nie dziś]

 

Oczywiście zaraz po powrocie, pod koniec października, postaram się sukcesywnie opisać tegoroczną wyprawę. Tym razem (jeżeli warunki pogodowe pozwolą, a i zdrowie wszystkich uczestników dopisze) mamy dużo obszerniejszy program zwiedzania: praktycznie co drugi dzień zaplanowałam jakąś atrakcję, a co drugi plażowanie. Tak więc będzie co opisywać.

 

Puerto de la Cruz

Do poczytania!

Ostatnie 3 miesiące – streszczenie

Trzy miesiące to chyba dość dużo czasu i chyba wypadałoby się w końcu przestać leniwić.

Przy czym leniwienie się dotyczy – w moim przypadku – tylko pisania bloga. Bo generalnie te minione miesiące były dla mnie dość intensywne. Ja wiedziałam, że nie będę się nudzić na emeryturze, ale nie wiedziałam, że aż tak będę zajęta. Fakt, że wstaję codziennie o 10.00 (spać się kładę ok.1-2 w nocy), ale cały dzień mam jakieś zajęcie tak, że nawet czasami nie nadążam…

Początek lipca upłynął pod znakiem moich 63 już urodzin. To się w głowie nie mieści, jak teraz szybko czas pędzi! Wciąż nie mogę się temu nadziwić. A imprez teraz urodzinowych żadnych nie robię – czekam na te okrągłe! ;))) Ale męża zaprosiłam jednak do greckiej restauracji na fajne, tamtejsze jedzonko – było pysznie!

 

W lipcu okazało się też, że po raz siódmy zostanę babcią (mam 3 wnuczki i 3 wnuków). Z tej okazji byłam z córką na badaniach prenatalnych i na własne oczy po raz pierwszy widziałam usg takiego małego fasolka. To niesamowite – ta technika – wszystkie części ciała w olbrzymim powiększeniu, wszystko można zobaczyć, sprawdzić. Byłam bardzo wzruszona i podekscytowana. Na następne takie badanie we wrześniu  córka poszła już z zięciem (zięć mi sfilmował to badanie) i wtedy też okazało się, że to będzie Marysia!

Potem nastąpiła obrzydliwa fala upałów, która skutecznie wyłączyła mnie z jakiejkolwiek innej działalności oprócz czytania i oglądania filmów w trakcie robienia na drutach.

 

dav

Tylko do tego byłam zdolna w mieszkaniu z zamkniętymi oknami, zasłoniętymi roletami i włączonym wentylatorem. Susza panowała u nas długo, wszystkie zapowiadane deszcze czy burze przechodziły bokiem i naprawdę trudno było żyć.

Na szczęście też dzieciaki porozjeżdżały się wakacyjnie i nie molestowały nas swoją obecnością.

 

wnuki zdobywają nord kapp

Niestety – w sierpniu trzeba było się jakoś sprężyć, bo obowiązki (miłe) towarzyskie czekały.

Moja dobra koleżanka z nadmorskiej miejscowości zaprosiła nas do siebie na kilka dni przed jej wyjazdem. Wynajęła ona bowiem swoje mieszkanie na rok, aby przez ten czas zwiedzić trochę świata. Koleżanka jest młoda (rocznik 69), bardzo odważna i dość przedsiębiorcza. Była już w wielu rejonach świata, ale ostatnio kilka razy odwiedziła Bali (także samotnie) i zakochała się w tamtym miejscu. Teraz też wybrała się (już tam jest) na Bali, a stamtąd ma zamiar za chwilę wyskoczyć do Nowej Zelandii. Bardzo jej kibicujemy!

Tak więc odwiedziliśmy koleżankę – nawet wybraliśmy się w rejs starym jachtem po Bałtyku.

 

dav

Potem nie mogłam sobie jeszcze odmówić wizyty u mojej Przyjaciółki (prawie po drodze do domu) ;)))

Pod koniec sierpnia zaliczyłam jeszcze w jednym tygodniu pogrzeb dobrej, starej znajomej, a także ślub koleżanki jeszcze ze szkoły.

Wrzesień tradycyjnie rozpoczyna się imieninami mojego męża, ale aktualnie na takie imieniny przychodzi tylko 10 osób, więc się nie spinamy. Robimy tylko obiadek, ciut zakąsek i ciasto do kawy. I wszyscy zadowoleni.

Potem mieliśmy maraton ślubny, który polegał na tym, że w piątek pojechaliśmy pociągiem na 15.00 na ślub i wesele siostrzenicy męża do Leszna. Rano znowu w pociąg (przez Wrocław i Częstochowę), bo w sobotę o 15.00 oczekiwano nas na odnowieniu ślubów (60) mojej chrzestnej w kościele w kieleckiem…. Potem – oczywiście – wielka impreza do 1 w nocy! A następnego dnia poprawiny i podwieziono nas na dworzec do Krakowa, skąd mieliśmy nocny pociąg do domu… Wróciliśmy w poniedziałek o 8 rano i walnęliśmy się spać!!!

 

dav

W kinie byliśmy na “Mamma Mia! Here We Go Again” (my trzy przyjaciółki i mój mąż) – podobno to była komedia, ale ja się spłakałam jak głupia… Potem poszliśmy (my trzy przyjaciółki i mój mąż) też podobno na komedię “Juliusz”, ale na tym jakoś też nie było nam do śmiechu, bo (wg nas) to bardzo refleksyjny film… No i mocny akcent z piątku – “Kler”, na którym byliśmy bez jednej Przyjaciółki, która nie mogła dojechać. O “Klerze” mogę tylko napisać jedno: oczywista oczywistość i cała prawda o mafii…

Zaproszeni także byliśmy z Przyjaciółką na pożegnalnego grilla do drugiej Przyjaciółki (lat 48), która właśnie rzuca wszystko i wyprowadza się na stałe do Turcji. Rozwiodła się, sprzedała dom, firmę i ma zamiar spędzić swoje najpiękniejsze lata w cieple i spokoju. Z drugą Przyjaciółką trzymamy mocno kciuki za jej plany – już zapowiedziałyśmy jej swoją wizytę za 2 lata – jak się urządzi i okrzepnie w nowym miejscu. W przyszłym roku nie możemy, bo odwiedzamy inną koleżankę (obiecaliśmy), która mieszka na wyspie greckiej.

A za 11 dni z mężem i Przyjaciółką wylatujemy znowu do cieplejszego miejsca. Bo to nie jest tak, że nie znosimy ciepła – my nie znosimy upałów, a tam, dokąd lecimy będzie po prostu o tej porze roku ciepło. Przykry tylko będzie powrót, gdy tam pod koniec października będzie 25-27, a u nas 9 st.C. Będzie szok!

Powinnam się już z lekka zabierać za pakowanie, ale jakoś nie mam natchnienia. Może od jutra?

Zdrowotnie jakoś daję radę. Kolano boli permanentnie, ale jest to ból do zniesienia. Daję radę nawet na dłuższych dystansach, chociaż staram się nie forsować. I nie mam zamiaru. Reszta – stosownie do wieku!

Spotkanie



Byliśmy na corocznym spędzie starych znajomych. Są to nasze połowinki, bo spotykamy się zawsze mniej więcej w połowie roku, w sobotę. Od 10 lat spotykamy się w 4 pary na grillu. Każdy przynosi jakieś żarełko i picie. Oczywiście kiedyś wyglądało to inaczej niż obecnie: na stole królowały mocne alkohole – bywało tak, że ogarnialiśmy jednocześnie i wódeczkę, i piwo… Do jedzenia także były przygotowywane  “tony” mięsiwa, sałatki, zakąski i zagryzki. Przez te 7-8 godzin (rozchodziliśmy się zwykle koło 1-2 w nocy) wszystko to, co na stole zwykle zostało zmiecione, a alkohol wypity, co znacznie wpływało na nasz stan. Z radością i nierzadko pieśnią na ustach rozprowadzaliśmy się po domach, dzierżąc w dłoniach puste torby z pustymi naczyniami po potrawach. Na drugi dzień leczyliśmy kaca i usiłowaliśmy ugnieść spasione brzuchy…  I za każdym razem obiecywaliśmy sobie wszyscy, że następnym razem zaniesiemy tam mniej jedzenia, a już na pewno mniej alkoholu…

Tak mijały lata, a nasze obietnice nigdy nie zostały spełnione. Każdy zawsze przynosił po kilka dań (dla 8 osób), parę zgrzewek piwa, a to jakąś oryginalną wódeczkę, a nawet wino własnej roboty. Szczerze powiem, że zupełnie przestało mi to odpowiadać ponad 4 lata temu, bo byłam po operacji usunięcia pęcherzyka żółciowego (dieta!). Zauważyłam też, że i inni zaczęli niedomagać i też im już nie służy i to picie, i żarcie. Któregoś razu zaniosłam na takie spotkanie tylko sałatkę grecką i piwo – inni też zaczęli się ograniczać.

Wczoraj niby wszystkiego było mniej niż zwykle, ale i tak wyszliśmy napchani jak balony. Fakt, że wszyscy trzeźwi, bo tylko po kilku piwach na łebka.


słodkie grzybki, które zrobiłam na imprezę

Rozmowy też przez te lata zmieniły mocno kierunek. Przedtem królowały rozmowy o podróżach, wspomnienia z wyjazdów i plany na następne wojaże. Panowie dyskutowali godzinami o samochodach, a panie o pracy, dzieciach. Teraz każda rozmowa, choćby rozpoczynała się od czegoś innego, schodziła na choroby, lekarzy, zabiegi itp. Panie dodatkowo wprowadziły temat wnuków. Ja usiłowałam sprowadzić dyskusję na poważniejsze tory – rozpoczęłam o uchodźcach, o tolerancji, o zanieczyszczaniu środowiska. Okazało się, że przez tyle lat tak naprawdę nie znałam ludzi, z którymi się spotykałam! Kolega, którego zawsze bardzo lubiłam i szanowałam, okazał się homofobem. Drugi – totalnym islamofobem… Zero tolerancji dla odmienności – zwłaszcza takiej skrajnej. Dla mnie – osoby niezwykle tolerancyjnej i nie oceniającej człowieka wg jego wyznania czy orientacji seksualnej – to postawy niedopuszczalne.

Zawsze w takich momentach myślę sobie: co ty – kolego zrobisz, gdy twój wnuk przyprowadzi ci do domu narzeczoną ciemnoskórą muzułmankę? Zmienisz poglądy, czy wyrzucisz z domu wnuka?

Świat się zmienia i myślę, że musimy się pogodzić z różnorodnością – ludzi także. Nie uciekniemy i nie schowamy się przed tym. Tak myślę.

 

A jeszcze muszę pokazać sowę, która urzęduje u nas w parku. Wygląda w tej dziupli jak wyrzeźbiona:


sowa w naszym parku

 

No i jeszcze informuję, że zaczęłam sweterek, o którym pisałam. Ciekawe, kiedy uda mi się go skończyć, i czy stanie się to przed wyjazdem w październiku…


rozpoczęty sweterek

Żyję, żyję!



Żyję, żyję. Spokojnie, bez większych szaleństw.


Bardzo dużo czytam, a – wiadomo – jak się czyta, to trudno pisać. Czasem nas ktoś odwiedzi, czasem my gdzieś wpadniemy… W przerwie między jedną książką, a drugą byliśmy np. kilka dni we Wrocławiu. Była też kilka dni (inne kilka dni) we Wrocławiu córka z mężem i wnuczką – trzeba było się zajmować psem Tygryniem… Odwiedziła nas moja bardzo bliska kuzynka z Gdyni, a także poznaliśmy osobiście dalszą rodzinę żony mojego średniego syna. A wcześniej tę rodzinę poznaliśmy przez internet, przez portal MyHeritage (drzewo genealogiczne).


Od czasu do czasu wspólnie z mężem robimy akcje np. mycie okien, albo sprzątanie balkonu, czy pranie firan (pierze pralka, ale ktoś to musi zdjąć, a potem zawiesić ;).

Spacery robimy krótkie, najczęściej do biblioteki i z powrotem – mamy przez park, to można potraktować ostatecznie jako spacer 😉

W słoneczne dni rozkładamy się bezczelnie na balkonie i opalamy. Ale nie może być za gorąco, bo wtedy długo nie wytrzymuję.

Poza tym w końcu zrobiłam porządek w mojej szafie i przygotowałam sobie trochę ciuchów do przeszycia, poprawienia itp. Jak mnie natchnie, to wstaję od książki, idę do drugiego pokoju i szyję.


poukładane w szafie


Dla urozmaicenia zamówiłam sobie włóczkę na sweterek i będę dziergać – dawno tego nie robiłam, chociaż znalazłam kilka rozpoczętych robótek. One jednak muszą czekać na swoją kolejkę. Teraz myślę o lekkim, siwym sweterku… Może zdążę zrobić przed wylotem na wakacje?

O – i kupiłam sobie swoją walizkę – była w promocji za 140 zł z kuferkiem, a – co najważniejsze – w moim ulubionym kolorze!


walizka z kuferkiem


Siedzę też przed lapem i planuję wyjazd. Zbieram skrzętnie wszelkie informacje, ciekawe trasy, miejsca. Patrzę, ile co kosztuje, ile musimy zabrać kasy na tę wyprawę.

Dzisiaj miałam swój duży sukces, bo udało mi się zarezerwować wejście na konkretną godzinę konkretnego dnia na szczyt wulkanu. Nie było to łatwe, bo wszystko w różnych, obcych językach, na dodatek chcieli ode mnie nr paszportów, a my paszportów nie mamy… A wszystko tylko on-line załatwić można… Znajoma (która tam mieszka na stałe)  powiedziała mi, że tego nie załatwię bez paszportów, ale ja gdzieś wyczytałam, że komuś się udało… to dlaczego mnie ma się nie udać? I tak długo wklepywałam różne dane w różnych konfiguracjach, aż w końcu załapało! Wydrukowałam zezwolenie i mam!!!

 

Kombinuję też czym i jak najtaniej, ale najefektywniej popłynąć w poszukiwaniu delfinów, wielorybów i żółwi:  wczytuję się w opinie, oglądam filmiki na YT – mam już swoje typy, które wymagają jeszcze konsultacji z resztą naszej drużyny (trzyosobowej).

żółwik w oceanie


Tak więc zupełnie się nie nudzę.

Wszystkiego za dużo



W ten długi weekend byliśmy u mojej Przyjaciółki na dłuuuuugich urodzinach i na oblewaniu jej nowego mieszkania. Urodziny jak urodziny – wiadomo – co rok bliżej jej do emerytury (zostało 5 lat), z czego obie się bardzo cieszymy, bo może będziemy miały wtedy więcej czasu dla siebie… A jeżeli chodzi o mieszkanie, to już w ogóle super!


Takie nowe, niewielkie (dwupokojowe) mieszkanie to świetna sprawa dla samotnej kobiety w kwiecie wieku. Wszystko nowe: meble, wszelkie urządzenia, materace, kołdry – no wszystko. Wszystko zakupione w minimalnych ilościach – tylko tyle, ile naprawdę potrzebne. Wszystko najlepszej jakości…


Teraz sobie wyobrażam, że musiała bym się przenieść z mojego aktualnego mieszkania do takiego małego. Właściwie – sobie nie wyobrażam! Ile człowiek nagromadził przez 15 lat rzeczy (tylko przez 15, bo przecież tyle tu mieszkam)! Wszędzie coś poutykane, pawlacze zawalone, piwnice (2) zawalone – wszędzie kupa rzeczy, które przecież mogą się przydać i szkoda wyrzucić. Już nie mówię o ciuchach, bo właśnie kończę porządek w mojej przepastnej szafie i to mam jakby załatwione, ale o innych rzeczach typu torby różniste, kołdry, śpiwory, jeszcze dobre, ale już nie noszone kurtki, zastawy stołowe, nieużywany sprzęt kuchenny. A stare kable od nie wiadomo czego, ponad setka kaset vhs (mam jeszcze odtwarzacz, to pewnie będę oglądać???) ;))) Do tego mam męża, który też z zasady niczego nie wyrzuca i to też nie jest łatwe… A mieszkanie duże i przecież wiele jeszcze może zmieścić…

 

to tylko niewielka część ciuchów z mojej szafy


Bardzo zazdroszczę (ale tak pozytywnie) Przyjaciółce, że wkroczyła w nowy etap życia bez obciążeń starymi i zbędnymi rzeczami. I mam nadzieję, że solidnie przemyśli każdy kolejny zakup do domu. Bo obrosnąć w rzeczy jest bardzo łatwo i dzieje się to jakby niepostrzeżenie.


To mi przypomniało mój epizod z życia, kiedy to w Berlinie zajmowałam się pewną ponad 80-letnią staruszką. Oprócz “damy do towarzystwa” miałam w zakresie obowiązków posprzątanie raz w tygodniu jej dwupokojowego mieszkania. I co mnie najbardziej wtedy zadziwiło? Kobieta miała w szafach pustki: Oprócz kilku dosłownie ciuchów, na półkach leżały 3 duże ręczniki,  2 zmiany pościeli i koc. Jej mieszkanie wyglądało zawsze tak, jakby przyjechała do niego na dwutygodniowe wczasy. Dla mnie to było bardzo zaskakujące i zastanawiałam się, jak to jest możliwe. Okazało się, że to jej dzieci wymiotły jej z mieszkania wszystko. Zostawiły tylko to, co matce do życia niezbędne właśnie po to, by było łatwiej sprzątać (och, ten niemiecki ordnung!). I wtedy uznałam, że to ma sens. Bo u moich dziadków i rodziców tych rzeczy było zawsze za dużo, zawalone szafy, wszystko pouciskane po kątach. Ani to posprzątać, ani nie można było wyrzucić. I do tego ten zapaszek staroci… A po ich śmierci wszystko jak leciało w kontener i na śmieci…


wyrzucone ciuchy

Trawestując powiedzenie: żyj krótko i zostaw atrakcyjne zwłoki – żyj długo i zostaw po sobie porządek!

Łatwo powiedzieć, ale jak to zrobić?

Doigrałam się



Dzisiaj byłam na badaniu urodynamicznym i przy okazji mocno oberwałam po uszach. Chociaż mało się poczuwałam do winy przecież…


Bo czy – jak młoda dziewczyna nie biega ciągle po kibelkach – nie podziwia się jej, że ma “dobre zawory”? Mnie zawsze podziwiano, że potrafię i pół dnia wytrzymać (miałam takie koleżanki, które na wycieczce wiedziały, bo odwiedzały, gdzie są kibelki publiczne po drodze, a ja przed wyjściem z hotelu i potem po powrocie… zresztą zawsze brzydziłam się publicznych wc-tów…


Żeglowałam dużo w młodości i to przeważnie z chłopakami, a to – wiadomo – oni za fokiem na stojąco za burtę, a ja, jedyna kobieta, jak tu wypiąć goły tyłek? A jacht mały, bez wc – trzeba było donosić od portu do portu, albo chociaż od brzegu do brzegu (krzaki)…

 

sikanie na stojąco takze dla kobiet

Potem mój wyćwiczony pęcherz przydał się w pracy, w której nie mogłam sobie pozwolić na opuszczanie stanowiska przez całe godziny.

I nikt mi nigdy nie powiedział, że to niedobrze, że to szkodzi. Nikt!


Okazało się przy tym badaniu, że mam bardzo rozciągnięty pęcherz, prawie dwa razy bardziej niż normalnie. To powoduje moje problemy z nietrzymaniem moczu w czasie kaszlu czy kichania.


Poza tym muszę najpierw zrobić porządek z tą przepukliną, bo najpierw ona, a potem ewentualnie operacja wszycia taśm (na nietrzymanie moczu) jeżeli nie uda się zmniejszyć tego pęcherza. Bo to wszystko wiąże się ze sobą, wszystko znajduje się w obrębie jamy brzusznej i przesunięcie jednego powoduje uciskanie lub nie drugiego narządu.

Na razie mam zalecone częstsze korzystanie z wc (co 2 – 2,5 godziny) nawet, gdy nie będę czuła potrzeby, aby docelowo obkurczyć nieco pęcherz. Pani doktor powiedziała, że – jeżeli to mi się uda do wiosny przyszłego roku – operacja może nawet nie być potrzebna.


Dźwiganie jest szkodliwe

A oberwałam po uszach, bo kobieta nie powinna absolutnie dźwigać!!!

To od dźwigania obniżają się wszelkie kobiece narządy, wyłażą przepukliny i robią się brodawki na nosie (ha, ha – to żart!). Panie położna i doktor stwierdziły, że kobiety za młodu nie zdają sobie sprawy z tego, że wtedy udają mocarne bohaterki, a potem, na starość, cierpią, bo muszą się naprawiać. Te sławne 3 kg dla ciężarnych powinno obejmować kobiety w każdym stanie, nie tylko błogosławionym.

To nie można mi było tego wyłożyć łopatologicznie 50 lat temu?! Ile ja się nadźwigałam worów 50 kg, poprzesuwałam mebli…, pracowałam ponad siły i jeszcze jaka dumna byłam z siebie, że taka dzielna jestem i niczyjej pomocy nie potrzebuję!

A teraz cierpię.

Uwiodło mnie życie realne



Tak się zastanawiam, jak to jest, że teraz, na emeryturze, mam mniej czasu (takiego naprawdę wolnego, kiedy to mogę nic nie robić). Teraz (wydaje mi się) nawet mniej czytam, a już na pewno oglądam mniej filmów.

Przeszła mi też już zupełnie fascynacja internetem. Z rozpędu sprawdzam pocztę, robię jakieś tam zakupy, coraz rzadziej wchodzę na FB (drażni mnie tam powszechny ekshibicjonizm pt. to zjadłam, tam byłam), chociaż sama do niedawna także wrzucałam zdjęcie mojej zielonej babki wielkanocnej…  Nie potrafię jednak z tego zrezygnować całkowicie, bo jednak jest to dla mnie źródło wiedzy. To, co mnie interesuje, mam podane jak na tacy. No i ten ożywiony kontakt z krewnymi… ;)))


Oczywiście czytam w przerwach między innymi robotami domowymi. Mój mąż także się wciągnął i czyta to, co ja, czyli thrillery i kryminały. Stosik książek z biblioteki czeka stale na komodzie (nie licząc książek zakupionych do domu).

 

do czytania


Ale tak naprawdę to nie mogę się uporać z porządkami w mojej ogromnej szafie. Jakiś czas temu nabyłam trochę dużych, plastikowych, przezroczystych pojemników, aby łatwiej było pogrupować rzeczy i potem je znaleźć w tej szafie. Do tej pory właściwie jeszcze tego nie zrobiłam – stale jestem w trakcie. Bałagan w pokoju jest obrzydliwy, bo nie da się inaczej, a ja już tracę siły. Staram się codziennie coś ogarnąć, ale jest tego naprawdę dużo.


Kiedyś myślałam o tym, jak to by było fajnie wywalić te wszystkie rzeczy i zostawić tylko to, co naprawdę najpotrzebniejsze, ale nie dam rady. Mam duszę chomika, a poza tym dla kogoś kto szyje, robi na drutach, robi karteczki – wszystko się może przydać! I tak już pozbyłam się rzeczy przydatnych w ogrodzie, bo tym już na pewno zajmować się nie będę. To, co potrzebne, aby uprawiać kwiatki pod balkonem i na balkonie, mieści mi się w szafce balkonowej.


bratki na balkonie


Mam także problem z ciuchami, bo mam ich za dużo. Ale też trudno mi się ich pozbyć – może teraz, przy tym porządkowaniu? Kupuję coś, co mi się podoba, ale nie zawsze trafię w rozmiar, albo materiał nie taki, albo po prostu źle się nosi… Z moimi rozmiarami nie jest łatwo dobrać ciuchy… A z ulubionymi ciężko się rozstać, nawet gdy się skurczą w praniu… ;)))


Oczywiście w tzw. międzyczasie zawsze sobie wymyślę jakąś dodatkową robótkę. I tak, w ferworze sprzątania balkonu, wpadłam na genialny pomysł odnowienia parapetów zewnętrznych. Mamy te parapety takie zwykłe, z blachy ocynkowanej. Kilka lat temu okleiłam je folią samoprzylepną w kolorze ram okiennych (mahoń), ale niestety, nie było to pokrycie trwałe. Zwłaszcza w miejscach łączenia powstały zadziory, a gdzieniegdzie też ta folia z lekka się pomarszczyła. Pomyślałam więc, żeby to wszystko wyszlifować papierem ściernym i pokryć żywicą epoksydową w tym kolorze. Wyszukałam w necie, zakupiłam, stoi i czeka na pogodę. Już się cieszę na nową robótkę!